Następnego dnia, w czwartek trzeciego czerwca dwa tysiące dziesiątego roku rano, wszystko było jak zwykle: o dziewiątej wstałam, ubrałam się i zeszłam na śniadanie. Kiedy je zjadłam, moja gospodyni Amal wezwała mnie do siebie i powiedziała: – Dzisiaj po południu przyjeżdżają do nas moi znajomi i chcę, żebyś ich poznała, a może nawet polubiła. Przyjadą o godzinie siedemnastej. – Ale ja dwie godziny później wylatuję stąd do Europy. – Nie szkodzi, możesz przecież wyjechać o siódmej. – Nie mogę – powiedziałam – na lotnisku muszę być najpóźniej półtorej godziny przed odlotem. – Aha, czyli nie zjesz z nami kolacji? – Nie. Zjem coś w samolocie – powiedziałam i wróciłam na górę, aby się spakować. Miałam niewiele rzeczy do spakowania: trochę ubrań, bieliznę, kilka książek, laptop, zapas baterii do niego, mydło, ręcznik, pastę i szczoteczkę do zębów, kubek, piżamę, paczkę chusteczek higienicznych i oczywiście paszport i bilet, a także telefon komórkowy. Włożyłam ubrania i bieliznę do walizki, następnie spakowałam książki, laptop, baterie i telefon komórkowy, a na koniec włożyłam do walizki mydło, ręcznik, piżamę, pastę i szczoteczkę do zębów, kubek i chusteczki higieniczne, a także paszport i bilet lotniczy. Zamknęłam walizkę, usiadłam na łóżku i czekałam. Po jakiejś półgodzinie usłyszałam z kuchni odgłosy przyrządzanego obiadu: smażonego mięsa, gotowanych warzyw, gotowanego ryżu… Wtedy była godzina czternasta i niedługo miał być obiad. Zaraz też zresztą był. Trzy godziny później usłyszałam dzwonek do drzwi. Akurat się ubierałam i wtedy pomyślałam, że to ci nieszczęśni znajomi, którzy mieli przyjść do moich gospodarzy, a których ja wzięłam za intruzów. W jednej chwili skoczyłam na równe nogi! Z walizką w ręce, ubrana w abaję i chustę, zeszłam na dół i wtedy zobaczyłam w drzwiach wejściowych mężczyznę w białym burnusie i takim samym turbanie, a obok niego ubraną na czarno kobietę z zasłoniętą twarzą. W tym samym momencie odwróciłam się i zobaczyłam wiszący na ścianie pistolet, a obok niego leżący na podłodze duży kawałek papieru pakowego i dość długi sznurek. Kiedy tylko zorientowałam się, że pistolet ma pełny magazynek, spokojnie podeszłam do nieznajomych osób, zdziwionych moimi poczynaniami, stanęłam z tyłu za nimi i strzeliłam każdej z nich w tył głowy. Po czym ułożyłam zwłoki na papierze pakowym, owinęłam nie nim, przewiązałam wszystko sznurkiem, pakunek włożyłam do walizki, wyjmując stamtąd przy okazji telefon komórkowy i wyszłam z mieszkania. Jadąc windą, upewniłam się jeszcze, że w pamięci telefonu mam numer kierowcy. Kiedy byłam już na podwórku, zadzwoniłam po kierowcę i czekałam na jego przyjazd. Kiedy tak stałam pod jego domem, rozglądałam się wkoło, czy aby przypadkiem na ulicy nie widać policyjnego samochodu – białej półciężarówki z czarnymi napisami: „policja” po angielsku i arabsku. Nic takiego nie było widać, chociaż powoli zwiększał się ruch na ulicach po poobiedniej sjeście. Gdyby mnie wówczas aresztowano, najpierw prawdopodobnie torturami zmuszono by mnie do przyznania się do winy, a następnie skazano by mnie na śmierć przez ścięcie. A chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Kiedy kierowca podjechał pod dom, wyjęłam z walizki pakunek ze zwłokami i poprosiłam kierowcę, żeby otworzył bagażnik swojego samochodu. – Po co pani to robi? – spytał, widząc, że trzymam w ręku dziwny pakunek, związany sznurkiem. – Co pani tam ma? – spytał, podnosząc klapę bagażnika. Nic nie odpowiedziałam, tylko wrzuciłam pakunek do środka, zamknęłam bagażnik, zapięłam walizkę, wsiadłam do samochodu i popędziliśmy na lotnisko. Kiedy tam dotarliśmy, było za pięć wpół do szóstej. W ciągu pół godziny od mojego pojawienia się na lotnisku miało miejsce kilka zdarzeń. Po pierwsze: syn zamordowanych ludzi zgłosił zaginięcie swoich rodziców, a ponieważ wychodząc, powiedzieli mu, że wrócą najpóźniej o szóstej, zaczął się niepokoić. Po drugie: niemal w tym samym czasie, moja mama, która przyjechała odwiedzić Kornelię, również się zaniepokoiła. Obydwie siedziały właśnie w domu i oglądały telewizję, gdy na ekranie pojawił się prezenter telewizyjny i poważnym, ale spokojnym głosem zaczął mówić: – Dzień dobry Państwu. Jest czwartek trzeci czerwca dwa tysiące dziesiątego roku. Wiadomości zaczynamy od informacji z ostatniej chwili. Brutalne morderstwo w Arabii Saudyjskiej. W stolicy tego kraju, Rijadzie, w jednym z mieszkań w bogatej dzielnicy willowej, zabito dwie osoby, kobietę i mężczyznę. Policja wszczęła obławę na domniemanego sprawcę zabójstwa. Lokalne media sugerują, że sprawczynią mogła być kobieta pochodzenia europejskiego, która teraz prawdopodobnie jest w drodze do Hiszpanii. Za morderstwo w Arabii Saudyjskiej grozi kara śmierci. – Słyszałaś? – spytała moja mama Kornelię – twoja przyjaciółka, a moja córka popełniła morderstwo w kraju, w którym za to grozi kara śmierci. Jeśli to się stało godzinę temu, to prawdopodobnie już została aresztowana. Zadzwoń do niej, chcę usłyszeć, że z nią wszystko w porządku. Kornelia wzięła telefon, wstukała mój numer i, przyłożywszy słuchawkę do ucha, przez chwilę z niepokojem czekała na mój głos, po czym po chwili powiedziała: – Nie odbiera, musiała chyba wyłączyć komórkę. – Daj mi ten telefon – powiedziała mama – może ja coś zdziałam. Wzięła telefon, wstukała numer, podniosła komórkę do ucha, a po chwili czekania powiedziała: – Nie wiem, co się dzieje. Czy może mają jakieś kłopoty na łączach? Kiedy z nią ostatnio rozmawiałaś? – Wczoraj wieczorem. I jeszcze rozmawiałyśmy o bajaderkach, które miałam zrobić na jej przyjazd. Teraz okazuje się, że mogłabym je zrobić, bo mam już wszystkie składniki, ale Jadzia już ich nie spróbuje. Kiedy tak siedziały i się martwiły, ja tymczasem zdążyłam się odprawić i wmieszać się w tłum pasażerów, czekających w kolejce do wejścia na pokład samolotu, który w międzyczasie podstawiono. Podczas kontroli paszportowej kontrolująca mnie urzędniczka w pewnym momencie zaczęła nerwowo zerkać w stronę drzwi. – Cały czas słyszę jakieś kroki – powiedziała. Ale ponieważ nic złego się nie działo, kontynuowała swoje obowiązki. Kilkanaście minut przed siódmą pierwsi pasażerowie zaczęli wchodzić na pokład samolotu. Kiedy wsiadłam do samolotu i usiadłam w fotelu, a walizkę postawiłam na półce, poczułam się tak, jakbym właśnie dokonała cudu, czegoś niemożliwego. W rzeczywistości powinnam się cieszyć, że jeszcze żyję. Niebawem zaświecił się komunikat o zapięciu pasów i przygotowaniu się do startu samolotu. Wtedy zapięłam pasy i zamknęłam oczy. Wkrótce potem samolot wystartował i polecieliśmy do Madrytu. W tym samym czasie mama i Kornelia zjadły kolację, ale dalej były bardzo niespokojne. Największym ich zmartwieniem było to, że o moim losie mogły dowiadywać się jedynie z mediów. Kornelia nawet próbowała w internecie znaleźć jakieś informacje na mój temat, ale po jakiejś godzinie szukania zrezygnowała i wyłączyła komputer. Wróciła do kuchni, usiadła na krześle i powiedziała: – Szukałam też informacji w internecie. Na informacyjnych portalach internetowych pierwsze informacje ze świata dotyczą, owszem, Arabii Saudyjskiej, ale tylko mającej miejsce tam obławy policyjnej. Myślałam, że już kogoś aresztowali. Oby to nie była Jadzia. Nie chcę nawet myśleć, co by się mogło stać, gdyby naprawdę ją aresztowano. Prawdopodobnie zostałaby poddana brutalnym przesłuchaniom i torturom i nie wiadomo, czy by przeżyła. – Uspokój się – powiedziała mama – żeby mogli jej postawić zarzut zabójstwa, ona musi się przyznać do winy albo muszą istnieć inne wiarygodne dowody na jego popełnienie. – No toż ci mówię, że tam ludzi podejrzewanych o różne przestępstwa torturami zmusza się do przyznania się do winy! – powiedziała Kornelia, już nieco zdenerwowana. Gdy tak siedziały i rozmawiały, ja tymczasem leciałam wreszcie do domu. Około północy Kornelia, która już wtedy leżała w łóżku, postanowiła jeszcze raz do mnie zadzwonić. Wstukała mój numer, przyłożyła telefon do ucha i powiedziała: - Halo. – No cześć, kochanie – odezwałam się – Co robisz? Śpisz? – A więc ty jednak wróciłaś cała i zdrowa! Dzięki Bogu! A w ogóle, to gdzie teraz jesteś? – Na lotnisku Barajas w Madrycie. A dlaczego tak się o mnie martwiłaś, co? – Dlatego że słyszałam w telewizji, że w Rijadzie popełniono jakieś morderstwo. I że jego sprawczynią była prawdopodobnie Europejka. – Mogłabyś pojechać po mnie na lotnisko? Jest noc, a ja chcę wrócić do domu. – OK. Już jadę, tylko się ubiorę – powiedziała Kornelia. I w ten sposób o wpół do pierwszej w nocy, w piątek czwartego czerwca dwa tysiące dziesiątego roku byłam już w domu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz