poniedziałek, 29 lutego 2016

Jerycho (Izrael)

Jerycho jest znane z przypowieści biblijnej, która opowiada, jak upadły mury miasta oblężonego przez Izraelitów pod wodzą Jozuego. W 6. rozdziale Księgi Jozuego czytamy, że przy donośnym graniu trąb z rogów baranich obniesiono siedem razy wokół miasta Arkę Przymierza – świętą skrzynię, w której mieszkał Jahwe. Kiedy podczas siódmego okrążenia zagrzmiały trąby, wszyscy Izraelici wydali okrzyk bojowy i „mur rozpadł się w miejscu, lud zaś wkroczył do miasta, każdy prosto przed siebie i zdobyli miasto”. Archeolodzy, którzy w latach trzydziestych XX wieku prowadzili prace wykopaliskowe na miejscu starożytnego Jerycha, sądzili, że udało im się odnaleźć właśnie te mury, które „rozpadły się w miejscu”. Okazało się jednak, że odsłonięte szczątki murów są o całe tysiąclecie za stare, aby mogły pochodzić z czasów Jozuego, to jest z XIII wieku przed naszą erą. Miasto ze Starego Testamentu znajdowało się na miejscu kopca, oddalonego od współczesnego Jerycha o półtora kilometra i zwanego po arabsku Tel es- Sultan. Prace wykopaliskowe, prowadzone w latach pięćdziesiątych pod kierunkiem brytyjskiej archeolog Kathleen Kanyon, dowiodły, że Jerycho stanowi jedno z najstarszych osiedli miejskich świata. Miasto zaś twierdzi, że jest najstarsze w świecie, chociaż większość archeologów byłaby niechętna aż tak kategorycznemu stwierdzeniu. Około 9 tysięcy lat przed naszą erą, w środkowym okresie epoki kamiennej, plemiona łowieckie zakładały tutaj obozy i miały prawdopodobnie również pewnego rodzaju świątynię lub miejsce kultu. Około 8 tysięcy lat przed naszą erą było to już osiedle miejskie. Domy były zbudowane z glinianych cegieł i wspierały się na drewnianych słupach. Są to najstarsze stale zamieszkane budynki, jakie do tej pory odkryto. Miasto otaczał mur długości 800 metrów z ogromną cylindryczną wieżą z kamienia o średnicy 9 metrów i takiej samej wysokości. Mieszkańcy miasta, w przeciwieństwie do koczowników, żyli, przynajmniej częściowo, z rolnictwa. Znaleziono tu ziarna udoskonalonych odmian pszenicy i jęczmienia, szczątki kopaczek oraz kamienne ostrza sierpów. Znajdujące się tutaj podziemne źródła wytworzyły oazę zieleni na leżącym wokół jałowym pustkowiu doliny Jordanu. Mieszkańcy Jerycha prawdopodobnie odkryli, jak należy nawadniać ziemię. Tu więc między innymi dokonał się zwrot w historii cywilizacji, polegający na przejściu od wędrownego życia myśliwego do osiadłego życia rolnika. Pierwsze miasto prawdopodobnie strawił pożar i około 7 tysięcy lat przed naszą erą na jego ruinach zbudowano drugie, większe. Później powstawały tu kolejne, otoczone murami miasta. W I stuleciu przed naszą erą rzymski marionetkowy władca Judei, Herod Wielki, zbudował półtora kilometra na południe pałac w stylu rzymskim, gdzie zmarł w 4 roku naszej ery. Część tego pałacu odsłonięto podczas prac wykopaliskowych w latach pięćdziesiątych. W jego pobliżu  powstał w VII wieku naszej ery luksusowy pałac kalifa Hiszama.

wtorek, 9 lutego 2016

Jak pewna dziewczyna bardzo chciała się uczyć wbrew wszelkim przeciwnościom losu

We wsi słychać było tylko zawodzenie, jęki i narzekania na złą dolę, na okrutną zarazę, która zabrała wiele ludzi. Na progu domu Nawojów siedziała ich najstarsza dziewczynka, jasnowłosa Jadwisia, i pochlipywała żałośnie. Nikt na nią nie zwracał uwagi, bo wszyscy chodzili jak otumanieni swoimi smutkami. Chyba nie było we wsi jednej chaty, gdzie by ktoś nie umarł na ową nieznaną chorobę. Więc nie ominęła zaraza i domu nauczyciela Nawoja i Jadwisia, siedząc tak samotnie, rozmyślała o tym, że nie ma już ani mamy, ani braciszka, ani ojca, który zmarł wczoraj i dziś został pochowany. Nie pomogło ani okadzanie ziołami, ani palenie gęsich piór, ani przelewanie wody nad chorymi, ani rzucanie szmatek na rozstajne drogi. Bo czy to wszystko mogło naprawdę odgonić zarazę? Jadwisia przypomniała sobie, że kiedy jeszcze wiosną przyjęli w chacie na noc pewnego wędrowca, a był to młody braciszek zakonny, w czytaniu i piśmie uczony, to powiedział on, że na świecie bywają uczeni, którzy znają leki przeciwko różnym chorobom. Nie żadne tam czary ani zamawiania. Wiedzę mają i już! Z ksiąg się jej uczą, a także nabywają jej od innych mędrców. Rozważając to teraz, córka nauczyciela Nawoja westchnęła ciężko: "Gdybyż to mieć taką wiedzę! Można by ludzi w chorobie ratować. Tak, można by ludzi ratować! I dzieci, i dorosłych". W jej smutku pomyślenie to stało się naraz jakąś pociechą. A zaraz potem przyszło postanowienie - nauczy się leczenia i będzie wszystkim niosła pomoc. I już teraz o niczym innym nie myślała, tylko o tych swoich zamiarach, chociaż chwilami  wydawało jej się, że jest to jednak zamysł bardzo zuchwały i niezmiernie trudny. Jasne, że nie chodziło jej o jakieś czary, jak na przykład te, które znała stara Jagodzina albo Blichowa spod lasu. Żadne czary! Po pierwsze, trochę się bała tych okropnych zaklęć. Brzydziła się także i  wcale a wcale nie wierzyła w ich moc. Przestała płakać, tylko odgarnąwszy włosy, otarła wierzchem dłoni mokre od łez policzki. "Więc jak to zrobić z tą nauką?" - zastanawiała się. Pewnie, że jak na dziewczynę umiała sporo. Kiedy ojciec, jako że nauczycielem był w wioskowej szkole, uczył chłopców czytania i pisania, to ona też, chociaż ukradkiem, ale pilnie przykładała się do nauki i potrafiła już czytać, a nawet i pisać. Może z tym pisaniem nie było najlepiej, ale gdyby się więcej wprawiała... Nawet ojciec, chociaż trochę się marszczył, że Jadwisia bierze się do nauki, co przecież nie jest dziewczyńską sprawą - jednak pochwalił ją kiedyś, że nie najgorzej daje sobie radę z piórem. Że potrafi zapamiętać i powtórzyć, jak należy, słowa łacińskie, rozumiejąc ich znaczenie. Tylko na co to dziewczynie? Więc wtedy zaraz przypomniała ojcu to, co opowiadał przed niejakim czasem ów braciszek zakonny, uczony w piśmie. Czyż nie opowiadał, jak to królowa Jadwiga, pani najlepsza i wielce mądra, wszystkie swoje klejnoty oddała przed śmiercią na Akademię, gdzie znakomici profesorowie kształcili młodzież? Wszystko, wszyściuteńko oddała - opowiadał braciszek - nawet berło i koronę. Tak że do trumny włożyli berło drewniane i koronę blaszaną, tak jak sobie życzyła. Sama też zresztą, chociaż była niewiastą, czytała chętnie różne mądre księgi i była wielce wykształcona. Ojciec pokiwał głową, pewnie, pewnie, ale co królowa, to królowa - a Jadwiśka, co innego. Niech lepiej siądzie do kądzieli, niech zabierze się do tkania płótna, bo koszule by się nowe przydały. Więc Jadwisia zamilkła i posłusznie chwyciła kądziel. Ale nie mogła przestać myśleć o królowej i o tej Akademii. Siedząc tak na progu, jeszcze raz wszystko to sobie przypominała. Westchnęła żałośnie i nagle postanowiła: "Pójdę ja do tego Krakowa". I chociaż z wielkopolskiej wioski daleko było do owego miasta, to już teraz nic jej nie mogło odwieść od tej myśli. Zaczęła tylko rozważać, jak to się w tę drogę wybierze. Jasne, że po prostu będzie pytać spotykanych ludzi i w końcu trafi do tego wspaniałego miasta. Trochę się bała, bo to przecież świat przed nią otwierał się nieznany, ale zmogła lęk. Naraz przypomniała sobie, że, jak słyszała, do owej Akademii na naukę mogą być przyjmowani tylko chłopcy. Podobno jest prawo takie, wydane przez biskupów, że dziewczynom tam się uczyć nie wolno. Ale i na to trzeba będzie jakoś poradzić. Pewnie, że będzie trzeba. A od czego nieco chytrości? Zwłaszcza, jeśli chytrość to przecież niewielka i dobremu miałaby służyć? Wstała z progu i weszła do wnętrza chaty. Serce się jej ścisnęło od tej pustki, od tej ciszy. A jeszcze smutniej się jej zrobiło, kiedy pomyślała, że oto stąd odchodzi. Ale jednocześnie widziała, że musi to zrobić, jeśli ma zdobyć to, czego tak gorąco pragnie. Rozejrzała się więc i po chwili namysłu sięgnęła do łyżnika po swoją łyżkę, którą dla niej kiedyś ojciec wystrugał z lipowego drewna. Łyżka jest potrzebna każdemu żakowi. Zakonny braciszek opowiadał, że tych, którzy do Akademii na naukę chodzą,  nazywają żakami. Więc żak musi mieć swoją łyżkę, a także i drewnianą miseczkę, do której dobrzy ludzie czasem nałożą kaszy lub naleją żuru. Twierdził, że mieszczki krakowskie są litościwe i jadła żakom nie żałują. Więc muszą prosić o jedzenie? Muszą żebrać? Dziwiła się w pierwszej chwili Jadwisia i wzruszyła ramionami, bo wydało się to jej okropne. Ale braciszek wcale tak nie uważał. Żacy muszą przecież jeść. A że są przeważnie ubodzy, więc cóż w tym dziwnego, że bogaci mieszczanie im pomagają? Tak więc wyruszając na wędrówkę, Jadwisia od Nawoja niosła niewielkie zawiniątko, w którym były łyżka i miseczka. Ruszyła szybko przed siebie, nie oglądając się już na chatę, bo bała się, że na nowo zacznie popłakiwać. Aby nikogo nie spotkać, minęła zagajnik leszczynowy i wyszła na gościniec. Stąd, zaraz na prawo, pod ciemnym lasem, widać było chatę owczarza. Po krótkiej chwili namysły skręciła w tamtą stronę. Ostrożnie podeszła do chaty, układając sobie w myśli, co też to powie staremu owczarzowi w tej sprawie, z którą do niego przyszła. Ale owczarza ani jego żony Bonichy nie było w domu. Za to był Sobek, ich syn. - Matka poszła prać koszule - powiedział - a ojciec dziś owce strzyże za rzeką. - A czy zabrał ze sobą nożyce? - zaniepokoiła się Jadwisia. Sobek wzruszył ramionami. - Pewnie, że zabrał, a z czym miał iść do strzyży? - To nie macie nożyc w domu - załamała ręce zmartwiona. - E, tak znowu nie jest - roześmiał się Sobek. - Jak to byłby owczarz, żeby tylko jedne nożyce miał. Ostały się w chacie jeszcze jedne. Albo co? - dodał. - Chciałaś pożyczyć? - Tak, to znaczy nie - zaczęła się plątać. Aż wreszcie odważyła się: - Sobuś! Ty przecież też potrafisz owce strzyc, prawda? - Pewnie, że potrafię! - To, to ty mnie ostrzyż! - zawołała. - Dziewczyno, szaleju się najadłaś czy co? - I Sobuś na wszelki wypadek się przeżegnał. - Nie, nie. Żadnego szaleju nie jadłam. Tylko... tylko stara Jagodzina powiedziała... - tu zatrzymała się, bo jakoś nie bardzo jej szło z tym kłamaniem, ale dobrnęła do końca - bo stara Jagodzina powiedziała, że lepiej, żebym ścięła warkocze, to choroba się nie czepi. - A, jak przeciw chorobie, to niech będzie - zgodził się Sobuś. - Tylko wezmę nożyce, a ty siadaj. - I wskazał na stojący przed chatą stołek. - A miskę to nawet mam swoją - zawołała za nim ucieszona, że tak gładko poszło. I wyjąwszy miseczkę z zawiniątka, położyła ją sobie na głowie, aby Sobek mógł równo, pod ten brzeg miski, ciąć włosy... Jakoż spisał się wspaniale. Nożyce zgrzytały i co prawda trochę bolało, kiedy Sobuś, niechcący za mocno je przyciskając, ciągnął za włosy, ale wreszcie wszystko się dobrze udało i Jadwisia potrząsnęła głową z obciętymi po chłopczyńsku włosami. Trochę żal jej było tych jasnych warkoczy, które leżały na ziemi. Podniosła je więc i razem z miską i łyżką schowała do zawiniątka. Potem pięknie podziękowała Sobusiowi i ruszyła w dalszą drogę. Nie czuła nawet zmęczenia, chociaż uszła już spory kawał drogi, bo tak zajęta była rozmyślaniem nad tym, jak to będzie w Krakowie. Dopiero kiedy słońce zaczęło na dobre przypiekać, przysiadła pod jabłonką, co rosła  przy drodze, i zaczęła jeść kawałek podpłomyka, który dał jej Sobuś. Zachciało się jej także pić, więc zaczęła rozglądać się, czy nie dojrzy gdzieś jakiegoś strumyka, kiedy naraz usłyszała jakby skrzypienie wozu i niewieście głosy. "Zapytam o dalszą drogę" - postanowiła. Jakoż po niedługiej chwili na zakręcie ukazał się wielki wóz, zaprzężony w parę siwych wołów. Naładowany był jakimiś worami, a na worach siedziały trzy zakonnice. Widząc dziewczynkę, zakrzyknęły na woźnicę, aby zatrzymał ich pojazd, i zaczęły wołać, aby się zbliżyła.- Pójdźże tu , nieboraczku! I powiedz, daleko to jeszcze do Zdanowic? - Niedaleko - odpowiedziała, zbliżając się do wozu - będzie z pół dnia drogi.- I wskazała ręką tę stronę, gdzie były Zdanowice. - A ty dokąd tak wędrujesz? - spytała najstarsza z zakonnic, a druga dodała: - Biedne to jakieś chłopię! W samej koszulinie. Rzeczywiście, Jadwisia miała na sobie tylko lnianą koszulinę, przepasaną krajką. Zapaskę zostawiła u Sobusia, bo jakże miała nosić zapaskę, jeśli zamierzała być żakiem. Ale w tej chwili nie to się jej wydało najważniejsze, jak jest odziana. "Więc wyglądam jak chłopak!" - pomyślała z radością. Bo o to jej przecież chodziło, aby miała chłopczyński wygląd. Zaraz też już trochę ośmielona, wyjaśniła zgodnie z prawdą, że idzie do Krakowa, aby tam się uczyć. - Żaczek-nieboraczek! Tyli kawał drogi - zawołała na to najmłodsza zakonnica, rumiana jak jabłuszko.  - Trzeba by mu dać jakiś porządny przyodziewek z tych, które wieziemy. A jak cię zwą, chłopcze? - Zowią mnie... - w tej chwili zatrzymała się na mgnienie oka i dokończyła: - ... zowią mnie Nawojem, Jaśkiem Nawojem. Rumiana siostrzyczka uśmiechnęła się. - A więc znajdziemy jakieś odzienie dla Nawoja. - I zaraz zaczęła szukać w worach, które były na wozie. Gdy wkrótce potem wóz ruszył w dalszą drogę, uwożąc zacne siostrzyczki, na gościńcu został niebyt wysoki, jasnowłosy chłopak, odziany w dostatni kubrak i nowe porcięta. Zaś w zawiniątku, które trzymał pod pachą, znajdowała się, oprócz drewnianej łyżki i miseczki, także i nowa koszula z bielonego płótna, i kromka chleba, odkrojona z wielkiego bochna hojną ręką siostry Kunegundy. Nogi miał tylko bose ten żaczek. Ale o to się nie martwił. Bodaj na bosaka, aby tylko dojść do Krakowa. I jakoś szczęśliwie wędrował - choć droga była daleka. Dobrzy ludzie w wioskach, które mijał, zapraszali do stołu nie żałując żuru, chleba i mleka, a nocowanie w stodołach albo w stogach było wspaniałe. Zaś Kraków, gdy już tam przybył, wydał się wędrownikowi tak piękny, że napatrzyć się nie mógł. Gapił się więc na otaczające miasto grube mury i podziwiał wspaniałą Bramę Grodzką, którą mijał z bijącym sercem, jako że dla niego zaczynało się w tym mieście inne życie. Całkiem inne niż to na wsi. Domy tu były piękne, murowane, nierzadko cudnie zdobione.  I ludzi mnóstwo, i gwar ogromny. A jakie kramy! I czego w nich nie ma! Są takie wspaniałości, jakich dziewczyna z odległej wsi nigdy jeszcze nie widziała. Jakież stroje! Jakież bogactwa! Oczy można by wypatrzyć! I można też, podziwiając to wszystko, dreptać tak cały dzień po ulicach. Ale co począć, gdy wieczór zapadnie, gdy nogi zaczynają boleć od chodzenia, gdy głód zaczyna dokuczać? Przez otwarte okna kamieniczek widać, jak w niektórych izbach płoną już kaganki lub zatknięte w żelaznych uchwytach łuczywa. W niektórych, szczególnie bogatych kamienicach, migotały płomyki wielkich woskowych świec. Ludzie zasiadają do wieczornego posiłku. Ach, jak pachnie kasza ze skwarkami! Żeby chociaż nawąchać się tej wspaniałej woni! I chyba można by przysiąść na chwilę na jakimś progu. Choćby na progu tej kamieniczki. Tymczasem wewnątrz domu, wśród miłego, zwykłego gwaru, zajadano kaszę, popijano mleko i piwo. Dzieci, których było tam kilkoro, upominały się o chleb z miodem. W jakiejś chwili mała dziewczynka wyjrzała z sieni i zauważyła siedzącego na progu chłopca. - Mamo! - zawołała. - Mamo! Jakiś żak śpi na progu. Tak więc owego wieczoru jasnowłosy żaczek, który powiadał, że zwie się Jasiek Nawoj, został gościnnie przyjęty pod dach kamieniczki, należącej do znakomitego hafciarza, mistrza Patoki. Nie żałowano mu ani kaszy, ani żurku na wędzonce, ani mleka, ani chleba z miodem. - Takie toto zagłodzone a mizerne, to niech już u nas się żywi i mieszka. - postanowili hafciarz, mistrz Patoka, i jego małżonka. - Niech u nas zostanie - ucieszyła się ich córeczka Jutka, ta, która pierwsza spostrzegła małego wędrownika, śpiącego na progu ich domu. Dobrze więc zaczęło się dziać w mieście Krakowie żakowi Nawojowi. Bo nie tylko, że znalazł poczciwych opiekunów, ale i w Akademii, gdzie pilnie się kształcił, był chwalony przez profesorów za pracowitość i niezwykłą chęć do nauki. Jasnowłosy żaczek znał teraz o wiele więcej liter niż Jadwisia od Nawojów. Jasiek Nawoj potrafił nie tylko pięknie i ozdobnie pisać wszystkie litery, ale także potrafił już czytać po łacinie, a ponadto we wszystkich innych naukach, które były obowiązkowe, wyróżniał się zdolnościami i pilnością. Tyle że nie był wysoki, a niektórzy koledzy żartowali sobie, że delikatny jest jak dziewuszka. Za to w domu hafciarza, mistrza Patoki, nikt żakowi tej delikatności nie wypominał, przeciwnie - pani Patokowa martwiła się, że chłopak jest taki szczupły. "Jedz, chudziątko, jedz - mawiała - abyś miał siłę do nauki" - i dokładała mu jadła. Doprawdy, jak o rodzonego syna tak o niego dbała. Jutka też pokochała go jak brata. I poważała go przy tym, bo przecież tyle już umiał i miał zostać uczonym - lekarzem - jak zapowiadał. Tak więc spokojnie i szczęśliwie mijały dni żaka Nawoja, dopóki do domu mistrza Patoki nie przybył jego krewniak. Almierz miał na imię, był wysoki, silny a porywczy. Ten to Almierz, nie wiadomo dlaczego, od razu, od pierwszego dnia, kiedy przybył, zaczął żakowi dokuczać. Prześmiewał się, że wygląda jak panienka, że łatwo oblewa się rumieńcem, że przy dzbanie piwa nie lubi zasiadać i że do bitki nie ma chęci. Potem, śledząc, widać, pilnie jasnowłosego żaka, Almierz zaczął coś podejrzewać i wreszcie, kiedy Jaśka Nawoja nie było w domu, bo w Akademii pilnie słuchał jakiegoś wykładu, dobrał się do jego węzełka. A w węzełku, w którym było trochę odzienia, znalazł także dwa jasne, długie warkocze. - Dziewczyną jest ten wasz żak Nawoj! - wrzasnął Almierz do pani Patokowej. I chociaż zacny hafciarz i jego żona, a także Jutka, błagali go na wszystko, aby sprawy nie rozgłaszał, pobiegł co prędzej do sędziego grodzkiego i tam złożył oskarżenie, że dziewczyna w chłopczyńskim przebraniu, podając się za Jaśka Nawoja, kształci się w Akademii. Tak więc zgodnie z prawem, które wówczas surowo zabraniało kobietom noszenia męskiej odzieży i kształcenia się, jasnowłosy żak, zwany Nawojem, został uwięziony w lochach. Zaś potem odbył się sąd. W mrocznej, ogromnej sali córka Nawojowa Jadwisia, zwana też Nawojką, stanęła przed duchownymi sędziami. Teraz była już w dziewczyńskiej sukience, tylko włosy miała krótko obcięte, tak jak przez cały czas swojego żakostwa. Z tłumu ludzi, którzy przybyli do sądu, dochodziło ciche szlochanie pani Patokowej i Jutki. Wszyscy ze zgrozą wysłuchali odczytanego przez sędziego oskarżenia, że dziewczyna, która nosi męskie ubranie, powinna być, według prawa, ukarana spaleniem na stosie... Tak było na końcu powiedziane.  - Spalona na stosie! - po sali przeszedł szmer, a pani Patokowa i Jutka zaszlochały głośniej. - Jakże to możliwe? Spalona na stosie? Ta dziewuszka nieduża, szczupła i jasnowłosa. Tymczasem sędziowie przystąpili do zadawania pytań oskarżonej. - Co pchnęło cię do tak zdrożnego postępku, dziewczyno? Jadwisia pomyślała w tej chwili o tamtym dniu, kiedy pochowano ojca, i o tym, że matusia i mały braciszek też już nie żyją, i że przecież tylko chciała pomagać ludziom... I chciała się uczyć. Tak bardzo chciała się uczyć. - Odpowiedz przed sądem kościoła, dziewczyno! Nawojka spojrzała na stół sędziowski i powiedziała cicho: - Z miłości do wiedzy to uczyniłam! To było powodem... - Z miłości do wiedzy? - powtórzył jeden z sędziów. I zaraz na sali rozległy się głosy, wołające, że są wśród obecnych świadkowie, gotowi pod przysięgą zaświadczyć, że należy dać wiarę słowom tejże dziewuszki, że zachowanie jej było zawsze skromne a pełne godności, że cały czas tylko na naukę poświęcała. - Wszelako prawo wymaga za taki postępek kary śmierci - przypomniał jeszcze raz jeden z sędziów. Ale pozostali, opierając się na wiarygodnych oświadczeniach, a także i za wstawiennictwem królowej Zofki, wdowy po królu Władysławie Jagielle, nie wydali tak okrutnego wyroku. Od tej chwili Jadwisia, zwana Nawojką, spędzała swe dni w klasztorze benedyktynek, przepisując księgi - zarówno nabożne, jak i te, które służyły wiedzy. Zaś potem, dzięki swemu wykształceniu, była nauczycielką mniszek, aż wreszcie została ich przełożoną. A historię tę, ku pamięci, spisał, żyjący w tamtych czasach, opat Marcin ze Spiszu.


sobota, 30 stycznia 2016

Wyżyna Tybetańska (Tybet)

Wyżyna Tybetańska, położona w południowej Azji po północnej stronie Himalajów, zajmuje powierzchnię 200000 kilometrów kwadratowych. Wznosi się ona przeciętnie na 4900 metrów, lecz nie jest płaska, ale mieści na swym obszarze pasma górskie. Od północy graniczy z górami Kunlun, za którymi rozciągają się stepy środkowej Azji. W granicach Wyżyny Tybetańskiej rozpoczyna bieg sześć najpotężniejszych rzek Azji południowo-wschodniej i subkontynentu indyjskiego. Indus wypływa z północnej strony Himalajów i dąży w kierunku północno-zachodnim obniżeniem tektonicznym między łańcuchami Karakorum i Himalajów. Skręciwszy na południe, uchodzi do Morza Arabskiego. Niedaleko na wschód od źródeł Indusu bierze początek Brahmaputra. Najpierw kieruje się ku wschodowi, przecina wschodni kraniec Himalajów, następnie skręca na południowy zachód i, połączywszy się z Gangesem, uchodzi do Zatoki Bengalskiej. Ze wschodu wyżyny prawie równoległymi dolinami wypływają cztery rzeki: Saluin i Mekong przez Birmę i Tajlandię zdążają na południe, Jangcy i Huang-ho zaś biegną przez Chiny ku wschodowi i wpadają: pierwsza do Morza Wschodniochińskiego, druga do Żółtego. Wszystkie cztery są w górnym odcinku rwącymi potokami, zwłaszcza wiosną, gdy zasilą je, spływające z gór, topniejące śniegi. Na bezkresnych równinach Tybetu kreślą meandry w szerokich dolinach ale nie przestają być potężne i groźne, opierające się próbom wykorzystania ich jako dróg wodnych. Jakkolwiek ziemie Tybetu są skaliste i jałowe, ich fantastyczne piękno budzi lękliwy podziw. Myli się ten, kto sądzi, że podróżnikom zapiera dech tylko wysokość. Ośnieżone łańcuchy górskie otaczają rozległe równinne doliny, w czystym i rześkim powietrzu zaś nie ma śladu mgły ani pyłu, które mogłyby zatrzeć ich kontury. Zimą cały Tybet lśni bielą, z wyjątkiem czarnych nitek rzek, którym bystry prąd nie pozwala zamarznąć, oraz zboczy gór, zbyt stromych, by utrzymać śnieg. Podczas krótkiej wiosny i takiegoż lata w okamgnieniu rozwija się zieleń, upstrzona rozkwitającym kwieciem. Wszelkie rośliny łapczywie chłoną słońce i ciepło, by zdążyć wydać nasiona przed prędkim nadejściem zimy. Mieszkańcy Tybetu także muszą dobrze spożytkować ten czas, gdyż zimą niewiele można zrobić. Kozy, jaki i pozostałe zwierzęta domowe trzeba wypędzić na pastwiska, aby się utuczyły i wychowały potomstwo. Należy również niezwłocznie udać się na targ po niezbędne sprawunki, zanim śniegi ponownie zamkną górskie przełęcze. Wielu Tybetańczyków to nadal wiodący koczowniczy tryb życia nomadowie, mieszkający w namiotach ze skór i latem przemierzający kraj całymi rodzinami. Religia stanowi w Tybecie ważny element życia. Do największych zaszczytów, jakie mogą spotkać tybetańskiego chłopca, należy przyjęcie w szeregi mnichów buddyjskich, noszących charakterystyczne habity w kolorze szafranu. Kapłani i mnisi, często z młynkami modlitewnymi w rękach, są dość powszechnym widokiem w mieście i na wsi. Proste wiejskie życie w Tybecie jest dla większości gości z zachodu przyjemną odmianą, niewielu jednak chciałoby tu zostać i znosić trudy surowego klimatu w niegościnnych górach.


środa, 20 stycznia 2016

Pierwszy dzień po moim przyjeździe do domu

Kiedy wróciłam do domu po długiej podróży samolotem, byłam tak zmęczona, że zaraz po późnej kolacji położyłam się spać. Ale rano wstałam bardzo wcześnie, bo o dziewiątej, i poszłam do kuchni na śniadanie. Już ubrana w białą koszulkę z krótkimi rękawami i czerwono-niebieską spódniczkę do kolan weszłam do kuchni i powiedziałam radośnie: - No cześć, dziewczynki! Pierwsza zareagowała Kornelia: - Nawet nie wiesz, jak bardzo się o ciebie martwiłyśmy! Myślałyśmy, że już cię nigdy nie zobaczymy! - mówiła. - Jak mogłaś coś takiego zrobić? Zamordować niewinnych ludzi! Kiedy usiadłam na krześle, nalałam sobie kawy do filiżanki i ukroiłam kromkę chleba, a następnie posmarowałam ją masłem, odpowiedziałam Kornelii: - Później ci wszystko opowiem, teraz zjedzmy spokojnie śniadanie. - Ale jak ci się udało uciec? I to z kraju, w którym za morderstwo grozi kara śmierci? - Cierpliwości. Wszystko ci wyjaśnię później - powiedziałam. Śniadanie jadłyśmy w milczeniu, ale później,  kiedy mama zaczęła zmywać naczynia, a my już byłyśmy w pokoju, spytałam Kornelię: - Wiesz co? Dzisiaj jest bardzo ładna pogoda, może poszłybyśmy na spacer i ja bym ci wszystko opowiedziała? - Ok - odpowiedziała. - Zaraz idziemy, tylko włożę bluzkę i dłuższą spódnicę. - I buty! Ja też włożę swoje i idziemy. Kiedy wyszłyśmy z domu, było wpół do dziesiątej. Był piękny letni poranek. Było ciepło, słonecznie i prawie bezchmurnie. Ja miałam na sobie białą koszulkę i czerwono-niebieską spódnicę, a Kornelia biało-niebieską koszulkę i brązową spódnicę. Na nogach miałyśmy białe, skórzane sandały. Kiedy wyszłyśmy z domu, Kornelia mnie spytała:- I jak to było z tym rzekomym morderstwem?- Poleciałam tam tydzień temu. Z lotniska odebrał mnie przydzielony mi kierowca i zawiózł do swojego domu. - I co dalej? - Przedstawił mnie swojej rodzinie: żonie i dzieciom, potem razem zjedliśmy kolację... - No dobrze. A jak doszło do tego morderstwa? Kiedy to się stało? - W czwartek - odpowiedziałam. - W czwartek po południu czasu miejscowego. - Jak to czasu miejscowego? To ile tam jest godzin różnicy? - spytała zdziwiona Kornelia. - Godzina, tylko godzina. I słuchaj. Wszystko zaczęło się od tego, że moja gospodyni postanowiła zaprosić do domu swoich znajomych. I ja miałam ich niby poznać. A ja tego nie chciałam. Więc kiedy się spakowałam, a oni akurat weszli do domu, zauważyłam wiszący na ścianie pistolet, sprawdziłam, że ma pełny magazynek, odbezpieczyłam broń i strzeliłam każdej osobie w tył głowy. Następnie odłożyłam broń, zawinęłam zwłoki w papier pakowy, przewiązałam sznurkiem i wrzuciłam do walizki. Przedtem jeszcze wyjęłam telefon komórkowy... - Przestań! - krzyknęła Kornelia, kiedy jej to powiedziałam. - Nawet nie chce mi się myśleć, co by się mogło stać, gdyby cię aresztowano! Masz szczęście, że nikt tego nie widział! A jeszcze to zawijanie zwłok w papier i przewiązywanie sznurkiem. Boże, dziewczyno! Czy ty w ogóle wiedziałaś, co robisz?! - I słuchaj. Wyszłam z domu, zjechałam windą na dół i będąc już na podwórku, zadzwoniłam po kierowcę. W czasie, kiedy na niego czekałam, rozglądałam się dookoła, ale nie dostrzegłam niczego szczególnego. Kiedy kierowca przyjechał, poprosiłam go o otwarcie bagażnika jego samochodu, a kiedy on to zrobił, wyjęłam z walizki pakunek ze zwłokami, wrzuciłam go do bagażnika i pojechaliśmy na lotnisko. A o tym, co się w tym czasie działo w domu mojej gospodyni, dowiem się od niej, jak do mnie zadzwoni. A teraz muszę ci powiedzieć, że cieszę się, że wróciłam. Boże, która to już godzina? Zaraz będziemy musiały wracać na obiad. - Dopiero po jedenastej - odpowiedziała Kornelia. - Tyle że nie wiem, o której ta kobieta do mnie zadzwoni, więc muszę być w domu wcześniej. - Ojej, a ja tak chciałabym jeszcze  popatrzeć na zieloną trawę, na piękne, kolorowe kwiaty... - Oj, to wrócimy do domu i sobie popatrzysz przez okno. - To idziemy. Zawróciłyśmy i poszłyśmy z powrotem do domu. Kiedy wróciłyśmy do domu, jeszcze nic nie zapowiadało tragedii. Dopiero kiedy weszłam do pokoju i usiadłam w fotelu, zadzwoniła moja komórka. Kiedy przyłożyłam ją do ucha, usłyszałam głos kobiety, która była moją gospodynią. Spodziewałam się po niej ciepłego powitania, a zamiast tego, usłyszałam w jej głosie rozpacz. - Czy ty wiesz, co się stało wczoraj wieczorem, po twoim wyjściu? Mój mąż został aresztowany pod zarzutem morderstwa! Teraz pewnie zostanie torturami zmuszony do przyznania się do winy! - Ale proszę powiedzieć, kiedy dokładnie to się stało i jak do tego doszło - próbowałam ją uspokoić. - Około szóstej - kobieta zaczęła mówić, starając się, żeby jej głos brzmiał spokojnie. - Jak zwykle, czekałam na męża z kolacją, ponieważ powiedział mi, że o tej godzinie zjawi się w domu. Kilka minut przed szóstą jego samochód wjechał na podwórko, ale za nim wjechała biała policyjna półciężarówka. Kiedy mój mąż wysiadł z samochodu, podeszło do niego dwóch policjantów, którzy poprosili go o otwarcie bagażnika samochodu i wtedy oni zobaczyli pakunek ze zwłokami. Jeden z nich spytał: - Co to jest? Wtedy mój mąż odpowiedział: - Zwłoki moich znajomych. I wtedy go aresztowali! - kobieta znowu wybuchnęła płaczem. - Boję się, co się teraz z nim dzieje! Pewnie jest bity i torturowany! A może być jeszcze gorzej! Jeśli sprawa trafi do sądu, grozi mu kara śmierci! - Proszę się uspokoić - powiedziałam. - Po pierwsze, nie on ich zabił, tylko ja, więc nic mu nie mogą zrobić, a po drugie, nawet, jeśli by się przyznał do winy, to byłyby to fałszywe zeznania. A teraz proszę się napić herbaty i zapomnieć o wszystkim. Do widzenia.


piątek, 1 stycznia 2016

Centrum Pompidou (Francja)

Galerie, muzea, biblioteki, sale koncertowe - miejsca te od dawna otacza się czcią jako świątynie muz, których jedyną siedzibą były solidne budynki klasyczne. W latach siedemdziesiątych zbudowano w Paryżu nowe wielofunkcyjne centrum kulturalne, które usunęło w cień wiele zasad dotyczących sztuki i stało się punktem zwrotnym w architekturze. Narodowe Centrum Sztuki i Kultury imienia Georges'a Pompidou nie należy do budynków, które się łatwo zapomina. Budynek ten, z potężnymi szeregami wielokolorowych, pnących się w górę rur i ruchomymi schodami, pełznącymi niczym wąż po frontonie, porównywano do fabryki lub do rafinerii ropy naftowej. Jego wygląd nie jest jednak wynikiem obrazoburczych dążeń. Architekci wzięli tylko pod uwagę tempo zmian techniki i uznali, że nie ma sensu ukrywać pod podłogami i w ścianach przewodów ogrzewczych i rur wodociągowych, kabli elektrycznych oraz urządzeń klimatyzacyjnych. Lepiej jest wnętrzności budynku ułożyć na zewnątrz, gdzie łatwiej można  je konserwować. Niektórzy uznali to za szkaradne, inni za śmiały i błyskotliwy pomysł, dający dużo większą swobodę kształtowania wnętrza budynku niż zazwyczaj. Kiedy ogłoszono konkurs na projekt budynku, który miałby mieścić bibliotekę, muzeum sztuki nowoczesnej, dział wystawowy wzornictwa przemysłowego i sekcję badań muzycznych, napłynęło 681 projektów z 49 krajów. Jurorzy byli zdania, że zwycięzcy, Renzo Piano i Richard Rogers, przedstawili najlepszy sposób pogodzenia tych tak różnych form działalności. Centrum Pompidou znajduje się w części Paryża zwanej Beaubourg i często jest zwane właśnie Beaubourg. Plac, na którym stoi, przygotowano pod zabudowę w latach trzydziestych, lecz był on terenem bezpańskim aż do 1971 roku, kiedy zaczęto wybierać ziemię pod fundamenty budynku ze zwycięskiego projektu. Dzisiaj Centrum zauważa się nie tylko z powodu tego, co dzieje się wewnątrz, lecz także ze względu na kuglarzy, akrobatów, połykaczy ognia i wielu innych artystów, którzy zabawiają tłumy na zewnątrz. Zagospodarowanie terenu przed Centrum Pompidou było jeszcze jednym natchnionym posunięciem zwycięskich architektów: ze wszystkich projektów tylko ten proponował pozostawienie niezabudowanej połowy miejsca przeznaczonego na budynek, aby stworzyć w środku Paryża nowy otwarty plac. Centrum, oprócz tego, że zapewniło Paryżowi bardzo potrzebną bibliotekę z publikacjami informacyjnymi i łatwą do zagospodarowania przestrzeń wystawową, ma również kino i salę koncertową, sekcję dziecięcą, bary i restauracje. Tuż po otwarciu w 1977 roku Centrum przyciągało codziennie 45 tysięcy zwiedzających i wkrótce stało się główną atrakcją paryską, większą nawet niż wieża Eiffla. Jakkolwiek nie zostało zbudowane dokładnie według zamierzeń architektów (przepisy przeciwpożarowe i ograniczenia kosztów budowy i jej czasu spowodowały, że zrezygnowano z niektórych ambitnych pomysłów, na przykład ruchomych podłóg), pociągnęło za sobą liczne naśladownictwa. Prasa fachowa napisała w 1977 roku, że Centrum odzwierciedla szczyt euforii technologicznej w zachodnich społeczeństwach. Dzisiaj ta euforia chyba się już wyczerpała.


czwartek, 31 grudnia 2015

Himalaje (Tybet)

Himalaje są największymi górami na Ziemi i należy do nich aż 96 spośród 109 szczytów świata o wysokości ponad 7300 metrów. Andy w Ameryce Południowej tworzą dłuższy łańcuch (około 7600 metrów), lecz są niższe. Fakty i liczby to jedno, widoki Himalajów zaś, budzące podziw z domieszką obawy, to zupełnie inna rzecz. Najwyższa góra na Ziemi jest powszechnie znana jako Mount Everest, ale jej nepalską  nazwę można by zastosować do całego łańcucha:  Czomulungma, czyli Bogini Matka Śniegów. Łańcuch górski Himalajów, łącznie z górami Karakorum, ma ponad 2500 kilometrów długości i biegnie wzdłuż północnej krawędzi subkontynentu indyjskiego, oddzielając go od reszty Azji. Od strony północno-zachodniej, w najdalej na północ wysuniętej części Pakistanu, wznoszą się góry Karakorum, łańcuchem biegnącym na południowy wschód przez Kaszmir w północnych Indiach. Himalaje zakreślają szeroki łuk ku wschodowi przechodzą przez górskie królestwa Nepalu i Bhutanu oraz dalej aż do prowincji Arunachal Pradesz w północno-wschodnim Assamie. Północne granice tych krajów leżą wzdłuż linii działu wodnego Himalajów, a na północ od niej znajdują się chiński Tybet i chiński Turkiestan. Na zachód od Karakorum Himalaje dzielą się na Pamir i Hindukusz, a na wschód od nich ostro skręcają na południe, przechodząc w niższe góry północnej Birmy. Rodowici mieszkańcy Himalajów nigdy nie czuli potrzeby poznawania swoich gór głębiej niż to było konieczne, zostawiając to niespokojnym Europejczykom. W XIX stuleciu, gdy pionierzy wspinaczek wysokogórskich zdobywali szczyty w Alpach, wydział geodezji rządu indyjskiego wyznaczył metodą triangulacyjną współrzędne szczytu, który wydawał się wyższy niż pozostałe.W 1856 roku ostateczne obliczenia na podstawie pomiarów wykonanych teodolitem w latach 1849 i 1850 wykazały, iż Szczyt XV na granicy tybetańsko-nepalskiej ma 8848 metrów wysokości i jest najwyższy na Ziemi. Górę nazwano imieniem pułkownika Sir George'a Everesta, byłego generalnego geodety Indii. Przed entuzjastami wspinaczki pojawił się nowy cel. W okresie międzywojennym główne wysiłki koncentrowały się na podejściu od strony Tybetu, gdyż Nepal był zamknięty dla wypraw wysokogórskich. Po II wojnie światowej Nepal otworzył granice dla wypraw na Everest i rozpoczęło się poznawanie góry od strony południowej. Szczyt został jednak zdobyty dopiero 29 maja 1953 roku przez Nowozelandczyka Edmunda Hillary'ego i nepalskiego szerpę Tenzinga Norgaya. Jak należałoby oczekiwać, niektóre cechy ukształtowania powierzchni tego największego łańcucha górskiego również dają mu pierwszą pozycję na świecie. W górach Karakorum znajduje się najdłuższy lodowiec poza obszarami polarnymi - Siaczen, mający 76 kilometrów długości, najbardziej stroma ściana górska należy zaś do szczytu Rakaposzi (7788 metrów nad poziomem morza). Wznosi się ona w dolinie Hunza na wysokość 5,99 kilometra, ma 10 kilometrów szerokości, kąt nachylenia 31 stopni. Najwyżej położona ściana wspinaczkowa na południowej stronie Annapurna I (8091 metrów nad poziomem morza) w Himalajach, a najdłuższa ściana wspinaczkowa na stoku Rupal szczytu Nanga Parbat w Karakorum (pionowe wejście długości  4482 metrów). Spośród pozostałych wielkich szczytów w łańcuchu Himalajów należy wymienić K2 w Karakorum (8611 metrów nad poziomem morza) oraz Kanczendzangę (8586 metrów nad poziomem morza).


czwartek, 17 grudnia 2015

Hinduskie zaślubiny

Dziesięć godzin temu skończyłam czytać już kolejną książkę. „Hinduskie zaślubiny” to opowieść o trzech, pozornie niemających ze sobą nic wspólnego, osobach: zabranym z sierocińca Nacie, wychowywanym w indyjskiej wiosce, wychowującej się w angielskiej posiadłości, wśród służby, Savitri, obdarzonej niezwykłą intuicją i mieszkającej w Georgetown w Gujanie Brytyjskiej Sarojini, buntującej się przeciwko narzuconym jej regułom. Ich losy, rozpięte pomiędzy Gujaną Brytyjską a spokojną indyjską wioską, pomiędzy Madrasem a wstrząsanym przez wojnę Singapurem, splatają się coraz ciaśniej a stawiane przez nich pytania coraz pilniej domagają się odpowiedzi.