środa, 20 stycznia 2016

Pierwszy dzień po moim przyjeździe do domu

Kiedy wróciłam do domu po długiej podróży samolotem, byłam tak zmęczona, że zaraz po późnej kolacji położyłam się spać. Ale rano wstałam bardzo wcześnie, bo o dziewiątej, i poszłam do kuchni na śniadanie. Już ubrana w białą koszulkę z krótkimi rękawami i czerwono-niebieską spódniczkę do kolan weszłam do kuchni i powiedziałam radośnie: - No cześć, dziewczynki! Pierwsza zareagowała Kornelia: - Nawet nie wiesz, jak bardzo się o ciebie martwiłyśmy! Myślałyśmy, że już cię nigdy nie zobaczymy! - mówiła. - Jak mogłaś coś takiego zrobić? Zamordować niewinnych ludzi! Kiedy usiadłam na krześle, nalałam sobie kawy do filiżanki i ukroiłam kromkę chleba, a następnie posmarowałam ją masłem, odpowiedziałam Kornelii: - Później ci wszystko opowiem, teraz zjedzmy spokojnie śniadanie. - Ale jak ci się udało uciec? I to z kraju, w którym za morderstwo grozi kara śmierci? - Cierpliwości. Wszystko ci wyjaśnię później - powiedziałam. Śniadanie jadłyśmy w milczeniu, ale później,  kiedy mama zaczęła zmywać naczynia, a my już byłyśmy w pokoju, spytałam Kornelię: - Wiesz co? Dzisiaj jest bardzo ładna pogoda, może poszłybyśmy na spacer i ja bym ci wszystko opowiedziała? - Ok - odpowiedziała. - Zaraz idziemy, tylko włożę bluzkę i dłuższą spódnicę. - I buty! Ja też włożę swoje i idziemy. Kiedy wyszłyśmy z domu, było wpół do dziesiątej. Był piękny letni poranek. Było ciepło, słonecznie i prawie bezchmurnie. Ja miałam na sobie białą koszulkę i czerwono-niebieską spódnicę, a Kornelia biało-niebieską koszulkę i brązową spódnicę. Na nogach miałyśmy białe, skórzane sandały. Kiedy wyszłyśmy z domu, Kornelia mnie spytała:- I jak to było z tym rzekomym morderstwem?- Poleciałam tam tydzień temu. Z lotniska odebrał mnie przydzielony mi kierowca i zawiózł do swojego domu. - I co dalej? - Przedstawił mnie swojej rodzinie: żonie i dzieciom, potem razem zjedliśmy kolację... - No dobrze. A jak doszło do tego morderstwa? Kiedy to się stało? - W czwartek - odpowiedziałam. - W czwartek po południu czasu miejscowego. - Jak to czasu miejscowego? To ile tam jest godzin różnicy? - spytała zdziwiona Kornelia. - Godzina, tylko godzina. I słuchaj. Wszystko zaczęło się od tego, że moja gospodyni postanowiła zaprosić do domu swoich znajomych. I ja miałam ich niby poznać. A ja tego nie chciałam. Więc kiedy się spakowałam, a oni akurat weszli do domu, zauważyłam wiszący na ścianie pistolet, sprawdziłam, że ma pełny magazynek, odbezpieczyłam broń i strzeliłam każdej osobie w tył głowy. Następnie odłożyłam broń, zawinęłam zwłoki w papier pakowy, przewiązałam sznurkiem i wrzuciłam do walizki. Przedtem jeszcze wyjęłam telefon komórkowy... - Przestań! - krzyknęła Kornelia, kiedy jej to powiedziałam. - Nawet nie chce mi się myśleć, co by się mogło stać, gdyby cię aresztowano! Masz szczęście, że nikt tego nie widział! A jeszcze to zawijanie zwłok w papier i przewiązywanie sznurkiem. Boże, dziewczyno! Czy ty w ogóle wiedziałaś, co robisz?! - I słuchaj. Wyszłam z domu, zjechałam windą na dół i będąc już na podwórku, zadzwoniłam po kierowcę. W czasie, kiedy na niego czekałam, rozglądałam się dookoła, ale nie dostrzegłam niczego szczególnego. Kiedy kierowca przyjechał, poprosiłam go o otwarcie bagażnika jego samochodu, a kiedy on to zrobił, wyjęłam z walizki pakunek ze zwłokami, wrzuciłam go do bagażnika i pojechaliśmy na lotnisko. A o tym, co się w tym czasie działo w domu mojej gospodyni, dowiem się od niej, jak do mnie zadzwoni. A teraz muszę ci powiedzieć, że cieszę się, że wróciłam. Boże, która to już godzina? Zaraz będziemy musiały wracać na obiad. - Dopiero po jedenastej - odpowiedziała Kornelia. - Tyle że nie wiem, o której ta kobieta do mnie zadzwoni, więc muszę być w domu wcześniej. - Ojej, a ja tak chciałabym jeszcze  popatrzeć na zieloną trawę, na piękne, kolorowe kwiaty... - Oj, to wrócimy do domu i sobie popatrzysz przez okno. - To idziemy. Zawróciłyśmy i poszłyśmy z powrotem do domu. Kiedy wróciłyśmy do domu, jeszcze nic nie zapowiadało tragedii. Dopiero kiedy weszłam do pokoju i usiadłam w fotelu, zadzwoniła moja komórka. Kiedy przyłożyłam ją do ucha, usłyszałam głos kobiety, która była moją gospodynią. Spodziewałam się po niej ciepłego powitania, a zamiast tego, usłyszałam w jej głosie rozpacz. - Czy ty wiesz, co się stało wczoraj wieczorem, po twoim wyjściu? Mój mąż został aresztowany pod zarzutem morderstwa! Teraz pewnie zostanie torturami zmuszony do przyznania się do winy! - Ale proszę powiedzieć, kiedy dokładnie to się stało i jak do tego doszło - próbowałam ją uspokoić. - Około szóstej - kobieta zaczęła mówić, starając się, żeby jej głos brzmiał spokojnie. - Jak zwykle, czekałam na męża z kolacją, ponieważ powiedział mi, że o tej godzinie zjawi się w domu. Kilka minut przed szóstą jego samochód wjechał na podwórko, ale za nim wjechała biała policyjna półciężarówka. Kiedy mój mąż wysiadł z samochodu, podeszło do niego dwóch policjantów, którzy poprosili go o otwarcie bagażnika samochodu i wtedy oni zobaczyli pakunek ze zwłokami. Jeden z nich spytał: - Co to jest? Wtedy mój mąż odpowiedział: - Zwłoki moich znajomych. I wtedy go aresztowali! - kobieta znowu wybuchnęła płaczem. - Boję się, co się teraz z nim dzieje! Pewnie jest bity i torturowany! A może być jeszcze gorzej! Jeśli sprawa trafi do sądu, grozi mu kara śmierci! - Proszę się uspokoić - powiedziałam. - Po pierwsze, nie on ich zabił, tylko ja, więc nic mu nie mogą zrobić, a po drugie, nawet, jeśli by się przyznał do winy, to byłyby to fałszywe zeznania. A teraz proszę się napić herbaty i zapomnieć o wszystkim. Do widzenia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz