Kiedy wróciłam do domu po długiej podróży samolotem, byłam tak zmęczona, że zaraz po późnej kolacji położyłam się spać. Ale rano wstałam bardzo wcześnie, bo o dziewiątej, i poszłam do kuchni na śniadanie. Już ubrana w białą koszulkę z krótkimi rękawami i czerwono-niebieską spódniczkę do kolan weszłam do kuchni i powiedziałam radośnie: - No cześć, dziewczynki! Pierwsza zareagowała Kornelia: - Nawet nie wiesz, jak bardzo się o ciebie martwiłyśmy! Myślałyśmy, że już cię nigdy nie zobaczymy! - mówiła. - Jak mogłaś coś takiego zrobić? Zamordować niewinnych ludzi! Kiedy usiadłam na krześle, nalałam sobie kawy do filiżanki i ukroiłam kromkę chleba, a następnie posmarowałam ją masłem, odpowiedziałam Kornelii: - Później ci wszystko opowiem, teraz zjedzmy spokojnie śniadanie. - Ale jak ci się udało uciec? I to z kraju, w którym za morderstwo grozi kara śmierci? - Cierpliwości. Wszystko ci wyjaśnię później - powiedziałam. Śniadanie jadłyśmy w milczeniu, ale później, kiedy mama zaczęła zmywać naczynia, a my już byłyśmy w pokoju, spytałam Kornelię: - Wiesz co? Dzisiaj jest bardzo ładna pogoda, może poszłybyśmy na spacer i ja bym ci wszystko opowiedziała? - Ok - odpowiedziała. - Zaraz idziemy, tylko włożę bluzkę i dłuższą spódnicę. - I buty! Ja też włożę swoje i idziemy. Kiedy wyszłyśmy z domu, było wpół do dziesiątej. Był piękny letni poranek. Było ciepło, słonecznie i prawie bezchmurnie. Ja miałam na sobie białą koszulkę i czerwono-niebieską spódnicę, a Kornelia biało-niebieską koszulkę i brązową spódnicę. Na nogach miałyśmy białe, skórzane sandały. Kiedy wyszłyśmy z domu, Kornelia mnie spytała:- I jak to było z tym rzekomym morderstwem?- Poleciałam tam tydzień temu. Z lotniska odebrał mnie przydzielony mi kierowca i zawiózł do swojego domu. - I co dalej? - Przedstawił mnie swojej rodzinie: żonie i dzieciom, potem razem zjedliśmy kolację... - No dobrze. A jak doszło do tego morderstwa? Kiedy to się stało? - W czwartek - odpowiedziałam. - W czwartek po południu czasu miejscowego. - Jak to czasu miejscowego? To ile tam jest godzin różnicy? - spytała zdziwiona Kornelia. - Godzina, tylko godzina. I słuchaj. Wszystko zaczęło się od tego, że moja gospodyni postanowiła zaprosić do domu swoich znajomych. I ja miałam ich niby poznać. A ja tego nie chciałam. Więc kiedy się spakowałam, a oni akurat weszli do domu, zauważyłam wiszący na ścianie pistolet, sprawdziłam, że ma pełny magazynek, odbezpieczyłam broń i strzeliłam każdej osobie w tył głowy. Następnie odłożyłam broń, zawinęłam zwłoki w papier pakowy, przewiązałam sznurkiem i wrzuciłam do walizki. Przedtem jeszcze wyjęłam telefon komórkowy... - Przestań! - krzyknęła Kornelia, kiedy jej to powiedziałam. - Nawet nie chce mi się myśleć, co by się mogło stać, gdyby cię aresztowano! Masz szczęście, że nikt tego nie widział! A jeszcze to zawijanie zwłok w papier i przewiązywanie sznurkiem. Boże, dziewczyno! Czy ty w ogóle wiedziałaś, co robisz?! - I słuchaj. Wyszłam z domu, zjechałam windą na dół i będąc już na podwórku, zadzwoniłam po kierowcę. W czasie, kiedy na niego czekałam, rozglądałam się dookoła, ale nie dostrzegłam niczego szczególnego. Kiedy kierowca przyjechał, poprosiłam go o otwarcie bagażnika jego samochodu, a kiedy on to zrobił, wyjęłam z walizki pakunek ze zwłokami, wrzuciłam go do bagażnika i pojechaliśmy na lotnisko. A o tym, co się w tym czasie działo w domu mojej gospodyni, dowiem się od niej, jak do mnie zadzwoni. A teraz muszę ci powiedzieć, że cieszę się, że wróciłam. Boże, która to już godzina? Zaraz będziemy musiały wracać na obiad. - Dopiero po jedenastej - odpowiedziała Kornelia. - Tyle że nie wiem, o której ta kobieta do mnie zadzwoni, więc muszę być w domu wcześniej. - Ojej, a ja tak chciałabym jeszcze popatrzeć na zieloną trawę, na piękne, kolorowe kwiaty... - Oj, to wrócimy do domu i sobie popatrzysz przez okno. - To idziemy. Zawróciłyśmy i poszłyśmy z powrotem do domu. Kiedy wróciłyśmy do domu, jeszcze nic nie zapowiadało tragedii. Dopiero kiedy weszłam do pokoju i usiadłam w fotelu, zadzwoniła moja komórka. Kiedy przyłożyłam ją do ucha, usłyszałam głos kobiety, która była moją gospodynią. Spodziewałam się po niej ciepłego powitania, a zamiast tego, usłyszałam w jej głosie rozpacz. - Czy ty wiesz, co się stało wczoraj wieczorem, po twoim wyjściu? Mój mąż został aresztowany pod zarzutem morderstwa! Teraz pewnie zostanie torturami zmuszony do przyznania się do winy! - Ale proszę powiedzieć, kiedy dokładnie to się stało i jak do tego doszło - próbowałam ją uspokoić. - Około szóstej - kobieta zaczęła mówić, starając się, żeby jej głos brzmiał spokojnie. - Jak zwykle, czekałam na męża z kolacją, ponieważ powiedział mi, że o tej godzinie zjawi się w domu. Kilka minut przed szóstą jego samochód wjechał na podwórko, ale za nim wjechała biała policyjna półciężarówka. Kiedy mój mąż wysiadł z samochodu, podeszło do niego dwóch policjantów, którzy poprosili go o otwarcie bagażnika samochodu i wtedy oni zobaczyli pakunek ze zwłokami. Jeden z nich spytał: - Co to jest? Wtedy mój mąż odpowiedział: - Zwłoki moich znajomych. I wtedy go aresztowali! - kobieta znowu wybuchnęła płaczem. - Boję się, co się teraz z nim dzieje! Pewnie jest bity i torturowany! A może być jeszcze gorzej! Jeśli sprawa trafi do sądu, grozi mu kara śmierci! - Proszę się uspokoić - powiedziałam. - Po pierwsze, nie on ich zabił, tylko ja, więc nic mu nie mogą zrobić, a po drugie, nawet, jeśli by się przyznał do winy, to byłyby to fałszywe zeznania. A teraz proszę się napić herbaty i zapomnieć o wszystkim. Do widzenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz