We wsi słychać było tylko zawodzenie, jęki i narzekania na złą dolę, na okrutną zarazę, która zabrała wiele ludzi. Na progu domu Nawojów siedziała ich najstarsza dziewczynka, jasnowłosa Jadwisia, i pochlipywała żałośnie. Nikt na nią nie zwracał uwagi, bo wszyscy chodzili jak otumanieni swoimi smutkami. Chyba nie było we wsi jednej chaty, gdzie by ktoś nie umarł na ową nieznaną chorobę. Więc nie ominęła zaraza i domu nauczyciela Nawoja i Jadwisia, siedząc tak samotnie, rozmyślała o tym, że nie ma już ani mamy, ani braciszka, ani ojca, który zmarł wczoraj i dziś został pochowany. Nie pomogło ani okadzanie ziołami, ani palenie gęsich piór, ani przelewanie wody nad chorymi, ani rzucanie szmatek na rozstajne drogi. Bo czy to wszystko mogło naprawdę odgonić zarazę? Jadwisia przypomniała sobie, że kiedy jeszcze wiosną przyjęli w chacie na noc pewnego wędrowca, a był to młody braciszek zakonny, w czytaniu i piśmie uczony, to powiedział on, że na świecie bywają uczeni, którzy znają leki przeciwko różnym chorobom. Nie żadne tam czary ani zamawiania. Wiedzę mają i już! Z ksiąg się jej uczą, a także nabywają jej od innych mędrców. Rozważając to teraz, córka nauczyciela Nawoja westchnęła ciężko: "Gdybyż to mieć taką wiedzę! Można by ludzi w chorobie ratować. Tak, można by ludzi ratować! I dzieci, i dorosłych". W jej smutku pomyślenie to stało się naraz jakąś pociechą. A zaraz potem przyszło postanowienie - nauczy się leczenia i będzie wszystkim niosła pomoc. I już teraz o niczym innym nie myślała, tylko o tych swoich zamiarach, chociaż chwilami wydawało jej się, że jest to jednak zamysł bardzo zuchwały i niezmiernie trudny. Jasne, że nie chodziło jej o jakieś czary, jak na przykład te, które znała stara Jagodzina albo Blichowa spod lasu. Żadne czary! Po pierwsze, trochę się bała tych okropnych zaklęć. Brzydziła się także i wcale a wcale nie wierzyła w ich moc. Przestała płakać, tylko odgarnąwszy włosy, otarła wierzchem dłoni mokre od łez policzki. "Więc jak to zrobić z tą nauką?" - zastanawiała się. Pewnie, że jak na dziewczynę umiała sporo. Kiedy ojciec, jako że nauczycielem był w wioskowej szkole, uczył chłopców czytania i pisania, to ona też, chociaż ukradkiem, ale pilnie przykładała się do nauki i potrafiła już czytać, a nawet i pisać. Może z tym pisaniem nie było najlepiej, ale gdyby się więcej wprawiała... Nawet ojciec, chociaż trochę się marszczył, że Jadwisia bierze się do nauki, co przecież nie jest dziewczyńską sprawą - jednak pochwalił ją kiedyś, że nie najgorzej daje sobie radę z piórem. Że potrafi zapamiętać i powtórzyć, jak należy, słowa łacińskie, rozumiejąc ich znaczenie. Tylko na co to dziewczynie? Więc wtedy zaraz przypomniała ojcu to, co opowiadał przed niejakim czasem ów braciszek zakonny, uczony w piśmie. Czyż nie opowiadał, jak to królowa Jadwiga, pani najlepsza i wielce mądra, wszystkie swoje klejnoty oddała przed śmiercią na Akademię, gdzie znakomici profesorowie kształcili młodzież? Wszystko, wszyściuteńko oddała - opowiadał braciszek - nawet berło i koronę. Tak że do trumny włożyli berło drewniane i koronę blaszaną, tak jak sobie życzyła. Sama też zresztą, chociaż była niewiastą, czytała chętnie różne mądre księgi i była wielce wykształcona. Ojciec pokiwał głową, pewnie, pewnie, ale co królowa, to królowa - a Jadwiśka, co innego. Niech lepiej siądzie do kądzieli, niech zabierze się do tkania płótna, bo koszule by się nowe przydały. Więc Jadwisia zamilkła i posłusznie chwyciła kądziel. Ale nie mogła przestać myśleć o królowej i o tej Akademii. Siedząc tak na progu, jeszcze raz wszystko to sobie przypominała. Westchnęła żałośnie i nagle postanowiła: "Pójdę ja do tego Krakowa". I chociaż z wielkopolskiej wioski daleko było do owego miasta, to już teraz nic jej nie mogło odwieść od tej myśli. Zaczęła tylko rozważać, jak to się w tę drogę wybierze. Jasne, że po prostu będzie pytać spotykanych ludzi i w końcu trafi do tego wspaniałego miasta. Trochę się bała, bo to przecież świat przed nią otwierał się nieznany, ale zmogła lęk. Naraz przypomniała sobie, że, jak słyszała, do owej Akademii na naukę mogą być przyjmowani tylko chłopcy. Podobno jest prawo takie, wydane przez biskupów, że dziewczynom tam się uczyć nie wolno. Ale i na to trzeba będzie jakoś poradzić. Pewnie, że będzie trzeba. A od czego nieco chytrości? Zwłaszcza, jeśli chytrość to przecież niewielka i dobremu miałaby służyć? Wstała z progu i weszła do wnętrza chaty. Serce się jej ścisnęło od tej pustki, od tej ciszy. A jeszcze smutniej się jej zrobiło, kiedy pomyślała, że oto stąd odchodzi. Ale jednocześnie widziała, że musi to zrobić, jeśli ma zdobyć to, czego tak gorąco pragnie. Rozejrzała się więc i po chwili namysłu sięgnęła do łyżnika po swoją łyżkę, którą dla niej kiedyś ojciec wystrugał z lipowego drewna. Łyżka jest potrzebna każdemu żakowi. Zakonny braciszek opowiadał, że tych, którzy do Akademii na naukę chodzą, nazywają żakami. Więc żak musi mieć swoją łyżkę, a także i drewnianą miseczkę, do której dobrzy ludzie czasem nałożą kaszy lub naleją żuru. Twierdził, że mieszczki krakowskie są litościwe i jadła żakom nie żałują. Więc muszą prosić o jedzenie? Muszą żebrać? Dziwiła się w pierwszej chwili Jadwisia i wzruszyła ramionami, bo wydało się to jej okropne. Ale braciszek wcale tak nie uważał. Żacy muszą przecież jeść. A że są przeważnie ubodzy, więc cóż w tym dziwnego, że bogaci mieszczanie im pomagają? Tak więc wyruszając na wędrówkę, Jadwisia od Nawoja niosła niewielkie zawiniątko, w którym były łyżka i miseczka. Ruszyła szybko przed siebie, nie oglądając się już na chatę, bo bała się, że na nowo zacznie popłakiwać. Aby nikogo nie spotkać, minęła zagajnik leszczynowy i wyszła na gościniec. Stąd, zaraz na prawo, pod ciemnym lasem, widać było chatę owczarza. Po krótkiej chwili namysły skręciła w tamtą stronę. Ostrożnie podeszła do chaty, układając sobie w myśli, co też to powie staremu owczarzowi w tej sprawie, z którą do niego przyszła. Ale owczarza ani jego żony Bonichy nie było w domu. Za to był Sobek, ich syn. - Matka poszła prać koszule - powiedział - a ojciec dziś owce strzyże za rzeką. - A czy zabrał ze sobą nożyce? - zaniepokoiła się Jadwisia. Sobek wzruszył ramionami. - Pewnie, że zabrał, a z czym miał iść do strzyży? - To nie macie nożyc w domu - załamała ręce zmartwiona. - E, tak znowu nie jest - roześmiał się Sobek. - Jak to byłby owczarz, żeby tylko jedne nożyce miał. Ostały się w chacie jeszcze jedne. Albo co? - dodał. - Chciałaś pożyczyć? - Tak, to znaczy nie - zaczęła się plątać. Aż wreszcie odważyła się: - Sobuś! Ty przecież też potrafisz owce strzyc, prawda? - Pewnie, że potrafię! - To, to ty mnie ostrzyż! - zawołała. - Dziewczyno, szaleju się najadłaś czy co? - I Sobuś na wszelki wypadek się przeżegnał. - Nie, nie. Żadnego szaleju nie jadłam. Tylko... tylko stara Jagodzina powiedziała... - tu zatrzymała się, bo jakoś nie bardzo jej szło z tym kłamaniem, ale dobrnęła do końca - bo stara Jagodzina powiedziała, że lepiej, żebym ścięła warkocze, to choroba się nie czepi. - A, jak przeciw chorobie, to niech będzie - zgodził się Sobuś. - Tylko wezmę nożyce, a ty siadaj. - I wskazał na stojący przed chatą stołek. - A miskę to nawet mam swoją - zawołała za nim ucieszona, że tak gładko poszło. I wyjąwszy miseczkę z zawiniątka, położyła ją sobie na głowie, aby Sobek mógł równo, pod ten brzeg miski, ciąć włosy... Jakoż spisał się wspaniale. Nożyce zgrzytały i co prawda trochę bolało, kiedy Sobuś, niechcący za mocno je przyciskając, ciągnął za włosy, ale wreszcie wszystko się dobrze udało i Jadwisia potrząsnęła głową z obciętymi po chłopczyńsku włosami. Trochę żal jej było tych jasnych warkoczy, które leżały na ziemi. Podniosła je więc i razem z miską i łyżką schowała do zawiniątka. Potem pięknie podziękowała Sobusiowi i ruszyła w dalszą drogę. Nie czuła nawet zmęczenia, chociaż uszła już spory kawał drogi, bo tak zajęta była rozmyślaniem nad tym, jak to będzie w Krakowie. Dopiero kiedy słońce zaczęło na dobre przypiekać, przysiadła pod jabłonką, co rosła przy drodze, i zaczęła jeść kawałek podpłomyka, który dał jej Sobuś. Zachciało się jej także pić, więc zaczęła rozglądać się, czy nie dojrzy gdzieś jakiegoś strumyka, kiedy naraz usłyszała jakby skrzypienie wozu i niewieście głosy. "Zapytam o dalszą drogę" - postanowiła. Jakoż po niedługiej chwili na zakręcie ukazał się wielki wóz, zaprzężony w parę siwych wołów. Naładowany był jakimiś worami, a na worach siedziały trzy zakonnice. Widząc dziewczynkę, zakrzyknęły na woźnicę, aby zatrzymał ich pojazd, i zaczęły wołać, aby się zbliżyła.- Pójdźże tu , nieboraczku! I powiedz, daleko to jeszcze do Zdanowic? - Niedaleko - odpowiedziała, zbliżając się do wozu - będzie z pół dnia drogi.- I wskazała ręką tę stronę, gdzie były Zdanowice. - A ty dokąd tak wędrujesz? - spytała najstarsza z zakonnic, a druga dodała: - Biedne to jakieś chłopię! W samej koszulinie. Rzeczywiście, Jadwisia miała na sobie tylko lnianą koszulinę, przepasaną krajką. Zapaskę zostawiła u Sobusia, bo jakże miała nosić zapaskę, jeśli zamierzała być żakiem. Ale w tej chwili nie to się jej wydało najważniejsze, jak jest odziana. "Więc wyglądam jak chłopak!" - pomyślała z radością. Bo o to jej przecież chodziło, aby miała chłopczyński wygląd. Zaraz też już trochę ośmielona, wyjaśniła zgodnie z prawdą, że idzie do Krakowa, aby tam się uczyć. - Żaczek-nieboraczek! Tyli kawał drogi - zawołała na to najmłodsza zakonnica, rumiana jak jabłuszko. - Trzeba by mu dać jakiś porządny przyodziewek z tych, które wieziemy. A jak cię zwą, chłopcze? - Zowią mnie... - w tej chwili zatrzymała się na mgnienie oka i dokończyła: - ... zowią mnie Nawojem, Jaśkiem Nawojem. Rumiana siostrzyczka uśmiechnęła się. - A więc znajdziemy jakieś odzienie dla Nawoja. - I zaraz zaczęła szukać w worach, które były na wozie. Gdy wkrótce potem wóz ruszył w dalszą drogę, uwożąc zacne siostrzyczki, na gościńcu został niebyt wysoki, jasnowłosy chłopak, odziany w dostatni kubrak i nowe porcięta. Zaś w zawiniątku, które trzymał pod pachą, znajdowała się, oprócz drewnianej łyżki i miseczki, także i nowa koszula z bielonego płótna, i kromka chleba, odkrojona z wielkiego bochna hojną ręką siostry Kunegundy. Nogi miał tylko bose ten żaczek. Ale o to się nie martwił. Bodaj na bosaka, aby tylko dojść do Krakowa. I jakoś szczęśliwie wędrował - choć droga była daleka. Dobrzy ludzie w wioskach, które mijał, zapraszali do stołu nie żałując żuru, chleba i mleka, a nocowanie w stodołach albo w stogach było wspaniałe. Zaś Kraków, gdy już tam przybył, wydał się wędrownikowi tak piękny, że napatrzyć się nie mógł. Gapił się więc na otaczające miasto grube mury i podziwiał wspaniałą Bramę Grodzką, którą mijał z bijącym sercem, jako że dla niego zaczynało się w tym mieście inne życie. Całkiem inne niż to na wsi. Domy tu były piękne, murowane, nierzadko cudnie zdobione. I ludzi mnóstwo, i gwar ogromny. A jakie kramy! I czego w nich nie ma! Są takie wspaniałości, jakich dziewczyna z odległej wsi nigdy jeszcze nie widziała. Jakież stroje! Jakież bogactwa! Oczy można by wypatrzyć! I można też, podziwiając to wszystko, dreptać tak cały dzień po ulicach. Ale co począć, gdy wieczór zapadnie, gdy nogi zaczynają boleć od chodzenia, gdy głód zaczyna dokuczać? Przez otwarte okna kamieniczek widać, jak w niektórych izbach płoną już kaganki lub zatknięte w żelaznych uchwytach łuczywa. W niektórych, szczególnie bogatych kamienicach, migotały płomyki wielkich woskowych świec. Ludzie zasiadają do wieczornego posiłku. Ach, jak pachnie kasza ze skwarkami! Żeby chociaż nawąchać się tej wspaniałej woni! I chyba można by przysiąść na chwilę na jakimś progu. Choćby na progu tej kamieniczki. Tymczasem wewnątrz domu, wśród miłego, zwykłego gwaru, zajadano kaszę, popijano mleko i piwo. Dzieci, których było tam kilkoro, upominały się o chleb z miodem. W jakiejś chwili mała dziewczynka wyjrzała z sieni i zauważyła siedzącego na progu chłopca. - Mamo! - zawołała. - Mamo! Jakiś żak śpi na progu. Tak więc owego wieczoru jasnowłosy żaczek, który powiadał, że zwie się Jasiek Nawoj, został gościnnie przyjęty pod dach kamieniczki, należącej do znakomitego hafciarza, mistrza Patoki. Nie żałowano mu ani kaszy, ani żurku na wędzonce, ani mleka, ani chleba z miodem. - Takie toto zagłodzone a mizerne, to niech już u nas się żywi i mieszka. - postanowili hafciarz, mistrz Patoka, i jego małżonka. - Niech u nas zostanie - ucieszyła się ich córeczka Jutka, ta, która pierwsza spostrzegła małego wędrownika, śpiącego na progu ich domu. Dobrze więc zaczęło się dziać w mieście Krakowie żakowi Nawojowi. Bo nie tylko, że znalazł poczciwych opiekunów, ale i w Akademii, gdzie pilnie się kształcił, był chwalony przez profesorów za pracowitość i niezwykłą chęć do nauki. Jasnowłosy żaczek znał teraz o wiele więcej liter niż Jadwisia od Nawojów. Jasiek Nawoj potrafił nie tylko pięknie i ozdobnie pisać wszystkie litery, ale także potrafił już czytać po łacinie, a ponadto we wszystkich innych naukach, które były obowiązkowe, wyróżniał się zdolnościami i pilnością. Tyle że nie był wysoki, a niektórzy koledzy żartowali sobie, że delikatny jest jak dziewuszka. Za to w domu hafciarza, mistrza Patoki, nikt żakowi tej delikatności nie wypominał, przeciwnie - pani Patokowa martwiła się, że chłopak jest taki szczupły. "Jedz, chudziątko, jedz - mawiała - abyś miał siłę do nauki" - i dokładała mu jadła. Doprawdy, jak o rodzonego syna tak o niego dbała. Jutka też pokochała go jak brata. I poważała go przy tym, bo przecież tyle już umiał i miał zostać uczonym - lekarzem - jak zapowiadał. Tak więc spokojnie i szczęśliwie mijały dni żaka Nawoja, dopóki do domu mistrza Patoki nie przybył jego krewniak. Almierz miał na imię, był wysoki, silny a porywczy. Ten to Almierz, nie wiadomo dlaczego, od razu, od pierwszego dnia, kiedy przybył, zaczął żakowi dokuczać. Prześmiewał się, że wygląda jak panienka, że łatwo oblewa się rumieńcem, że przy dzbanie piwa nie lubi zasiadać i że do bitki nie ma chęci. Potem, śledząc, widać, pilnie jasnowłosego żaka, Almierz zaczął coś podejrzewać i wreszcie, kiedy Jaśka Nawoja nie było w domu, bo w Akademii pilnie słuchał jakiegoś wykładu, dobrał się do jego węzełka. A w węzełku, w którym było trochę odzienia, znalazł także dwa jasne, długie warkocze. - Dziewczyną jest ten wasz żak Nawoj! - wrzasnął Almierz do pani Patokowej. I chociaż zacny hafciarz i jego żona, a także Jutka, błagali go na wszystko, aby sprawy nie rozgłaszał, pobiegł co prędzej do sędziego grodzkiego i tam złożył oskarżenie, że dziewczyna w chłopczyńskim przebraniu, podając się za Jaśka Nawoja, kształci się w Akademii. Tak więc zgodnie z prawem, które wówczas surowo zabraniało kobietom noszenia męskiej odzieży i kształcenia się, jasnowłosy żak, zwany Nawojem, został uwięziony w lochach. Zaś potem odbył się sąd. W mrocznej, ogromnej sali córka Nawojowa Jadwisia, zwana też Nawojką, stanęła przed duchownymi sędziami. Teraz była już w dziewczyńskiej sukience, tylko włosy miała krótko obcięte, tak jak przez cały czas swojego żakostwa. Z tłumu ludzi, którzy przybyli do sądu, dochodziło ciche szlochanie pani Patokowej i Jutki. Wszyscy ze zgrozą wysłuchali odczytanego przez sędziego oskarżenia, że dziewczyna, która nosi męskie ubranie, powinna być, według prawa, ukarana spaleniem na stosie... Tak było na końcu powiedziane. - Spalona na stosie! - po sali przeszedł szmer, a pani Patokowa i Jutka zaszlochały głośniej. - Jakże to możliwe? Spalona na stosie? Ta dziewuszka nieduża, szczupła i jasnowłosa. Tymczasem sędziowie przystąpili do zadawania pytań oskarżonej. - Co pchnęło cię do tak zdrożnego postępku, dziewczyno? Jadwisia pomyślała w tej chwili o tamtym dniu, kiedy pochowano ojca, i o tym, że matusia i mały braciszek też już nie żyją, i że przecież tylko chciała pomagać ludziom... I chciała się uczyć. Tak bardzo chciała się uczyć. - Odpowiedz przed sądem kościoła, dziewczyno! Nawojka spojrzała na stół sędziowski i powiedziała cicho: - Z miłości do wiedzy to uczyniłam! To było powodem... - Z miłości do wiedzy? - powtórzył jeden z sędziów. I zaraz na sali rozległy się głosy, wołające, że są wśród obecnych świadkowie, gotowi pod przysięgą zaświadczyć, że należy dać wiarę słowom tejże dziewuszki, że zachowanie jej było zawsze skromne a pełne godności, że cały czas tylko na naukę poświęcała. - Wszelako prawo wymaga za taki postępek kary śmierci - przypomniał jeszcze raz jeden z sędziów. Ale pozostali, opierając się na wiarygodnych oświadczeniach, a także i za wstawiennictwem królowej Zofki, wdowy po królu Władysławie Jagielle, nie wydali tak okrutnego wyroku. Od tej chwili Jadwisia, zwana Nawojką, spędzała swe dni w klasztorze benedyktynek, przepisując księgi - zarówno nabożne, jak i te, które służyły wiedzy. Zaś potem, dzięki swemu wykształceniu, była nauczycielką mniszek, aż wreszcie została ich przełożoną. A historię tę, ku pamięci, spisał, żyjący w tamtych czasach, opat Marcin ze Spiszu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz