We wtorek dwudziestego siódmego września dwa tysiące jedenastego roku po południu, kiedy wracałam z pracy do domu, przejeżdżając koło szkoły, zobaczyłam idącego chodnikiem małego chłopca, na oko siedmioletniego, który dopiero teraz wyszedł ze szkoły. Właściwie nie szedł, tylko powłóczył nogami, a przy tym miał posiniaczoną twarz, popodbijane oczy i zakrwawione ubranie. Widać było, że porusza się z trudem i że jest mu ciężko. Kiedy go zobaczyłam, zatrzymałam się, żeby mu pomóc: podjechałam do niego i spytałam: – Dzień dobry, jak masz na imię i czy mogłabym ci jakoś pomóc? Chłopiec spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem i odpowiedział: – Dzień dobry. Mam na imię Franek i zostałem pobity w szkole podczas lekcji. I nie tylko ja. Wtedy powiedziałam: dobrze Franku, zdejmij kurtkę, zobaczę, czy nie jesteś jeszcze gdzieś ranny. Kiedy Franek zdjął kurtkę, okazało się, że rzeczywiście ma zakrwawioną i przesiąkniętą na wylot koszulę, a na ciele głębokie rany. Wtedy poleciłam mu zdjąć koszulę i koszulkę, rozłożyłam na ziemi jego kurtkę i poprosiłam go, żeby się na niej położył. Potem z samochodu wyciągnęłam apteczkę, a z niej płyn do znieczulania skóry, nici chirurgiczne, igłę i opatrunki. Franek obserwował to wszystko z lekkim niepokojem, aż w końcu spytał: – Po co to wszystko? – Zaraz będę zszywać twoje rany. – O nie! Boję się – jęknął Franek. Powiedziałam mu tylko: – Nie ma czego. Wszystko będzie dobrze. I sięgnęłam po butelkę z płynem do znieczulania. Franek przez cały czas trwania zabiegu był spokojny. Po wszystkim zrobiłam mu zimny okład na opuchniętą twarz, pomogłam się przebrać w czyste ubranie poprosiłam go, żeby wsiadł do mojego samochodu. Kiedy wsiedliśmy, odwiozłam go do domu. Ponieważ mieszkał w sąsiedniej miejscowości, musiałam zawrócić, odwieźć go do domu i wrócić do miasta. Kiedy wróciłam do domu, było już wpół do piątej po południu. Weszłam do kuchni, włączyłam czajnik, żeby zagotować wodę na kawę i nagle zobaczyłam Kornelię wyraźnie zaniepokojoną moim przyjazdem. – Co się stało? – zapytała. – Nic, robię sobie kawę. Co się miało stać? Ledwie zdążyłam zrobić sobie kawę i zanieść ją do pokoju, zadzwonił telefon. Wtedy Kornelia podniosła się z krzesła i powiedziała: – Zaczekaj, ja odbiorę. – Nie odbieraj. Nie wiesz, kto dzwoni i po co. – To przynajmniej się dowiem – powiedziała i poszła do kuchni odebrać telefon. Po dziesięciu minutach wróciła blada z przerażenia. – Dzwonił jakiś obcy facet. Chce się z tobą widzieć o osiemnastej w szkole w pokoju nauczycielskim. Był strasznie zdenerwowany i powiedział, że jeśli do niego nie przyjedziesz, to on osobiście tu jutro przyjdzie i wtedy nie będzie ci wesoło. – O kurczę! – pomyślałam. I na wszelki wypadek spytałam – Nie wiesz, kto to był? – Jakiś nauczyciel. Nie przedstawił się, tylko powiedział, że chce się koniecznie z tobą zobaczyć. Kiedy spytałam, czy mogę z tobą tam pojechać, to powiedział, że mogę, ale to z tobą chce rozmawiać, więc moja obecność nie będzie tam potrzebna. A tymczasem wypijmy spokojnie kawę. Ja sobie też zrobię – powiedziała. I poszła do kuchni. Kiedy wróciła z kubkiem kawy, usiadła przy stole i spytała: – Może ja z tobą tam pojadę i przynajmniej dowiem się, co on od ciebie chciał, co? – Dobrze, jedź ze mną, bo naprawdę zaczęłam się bać tego spotkania. Kiedy wypiłyśmy kawę, zaczęłam powoli się ubierać. Założyłam białą bluzkę z długimi rękawami, długą do kostek, czarną spódnicę, na to długi, czarny płaszcz, a na głowę czarną chustę i w takim stroju poszłam do samochodu. Kornelia wyszła za mną, zresztą tak samo ubrana. Kiedy wsiadłyśmy do samochodu, nagle Kornelia sobie o czymś przypomniała. – Nie wzięłaś chyba swojej torebki – powiedziała do mnie. – O Boże, faktycznie! – krzyknęłam. – Dobrze, idź do kuchni, tam na moim krześle wisi taka duża granatowa torba, to ją weź i mi przynieś. – Dobrze – powiedziała. I wysiadła z samochodu. Weszła do kuchni i rzeczywiście: moja torba wisiała na oparciu mojego krzesła. Kornelia wzięła ją i, nie sprawdzając jej zawartości, wniosła ją do samochodu i położyła na tylnym siedzeniu, po czym pojechałyśmy do szkoły. Było już ciemno, kiedy stanęłyśmy przed nią. Od frontu oświetlały ją uliczne latarnie z naprzeciwka. Za ogrodzeniem, tuż przy wejściu do szkoły, stało dwóch, na oko czterdziestoletnich, mężczyzn. Jeden z nich, wyższy, siwowłosy, w popielatej kurtce, niebieskiej koszuli, czarnych długich spodniach i brązowych skórzanych butach, stał niedaleko wejścia. Drugi był nieco niższy, czarnowłosy, ubrany w ciemnozieloną marynarkę, białą koszulę, ciemnobrązowe spodnie i czarne buty, stał z lewej strony tego pierwszego. Obaj dotąd stali z założonymi rękami i czekali, aż podejdziemy bliżej. Kiedy podeszłyśmy i chciałyśmy już wejść do szkoły, ten w białej koszuli powiedział: – Dobry wieczór. Nie możecie jeszcze tam wejść. Najpierw musimy was skontrolować, przeszukać, sprawdzić, co macie w torbach. – Tylko ja mam torbę – powiedziałam. – A w niej kilka paczek chusteczek higienicznych, prawo jazdy i klucz od domu. – Dobrze, zaraz sprawdzimy. A kogo panie szukają? – Dzisiaj po południu do mnie zadzwonił jakiś obcy facet i bardzo zdenerwowanym głosem kazał przyjechać nam na osiemnastą do siebie na rozmowę – powiedziała Kornelia. – Aaa, mówisz o Andreasie Winklerze, byłym nauczycielu tej szkoły. On już na was czeka. W takim razie rezygnujemy z przeszukania. Proszę iść na siódme piętro, do pokoju numer siedemdziesiąt cztery. – Dziękujemy, pojedziemy windą. I weszłyśmy do szkoły. Pierwsze swoje kroki skierowałyśmy do windy. Kiedy zjechała na parter, Kornelia nacisnęła przycisk z siódemką i wsiadłyśmy. Ale ona nie ruszyła od razu. Stała w miejscu prawie dziesięć minut, po czym ruszyła, ale między trzecim a czwartym piętrem znowu się zatrzymała, tym razem na dobre. I wtedy stało się najgorsze: nagle zgasło światło, a winda, ni z gruszki, ni z pietruszki, zaczęła się strasznie trząść. Jej podłoga po chwili rozpadła się na tysiąc kawałków i wpadłyśmy w ciemność. Zamknęłyśmy oczy, żeby nie widzieć, gdzie lecimy. Myślałyśmy tylko o tym, że potrzebujemy szybkiej pomocy. A mężczyźni, którzy wcześniej stali przed szkołą, mogli już pójść do domu. Przecież było ciemno. Nie wiem, jak długo tak leciałyśmy, może godzinę, może dłużej. W pewnym momencie poczułam, że ktoś mnie trzyma za rękę, a przed oczami zrobiło mi się jasno. Kornelia poczuła to samo. Potem poczułyśmy, że stoimy na ziemi. Przez długą chwilę jednak nie otwierałyśmy oczu, ze strachu. Wtedy jeden z mężczyzn, ten w popielatej kurtce, powiedział łagodnie: – No już dobrze. Możecie otworzyć oczy. Już jesteście bezpieczne, już wam nic nie grozi. Wtedy otworzyłyśmy oczy i zobaczyłyśmy, że wszyscy czworo stoimy przy schodach, a w miejscu wejścia do windy i dookoła niego leży pełno kawałków drewna, łańcuchów, metalowych części i kawałków rozbitego szkła. Ściana na wysokości tablicy z przyciskami była czarna od brudu, a sama tablica leżała na ziemi pośród tego całego bałaganu. Kiedy trochę ochłonęłyśmy, mężczyzna w niebieskiej koszuli powiedział: – Miałyście szczęście, że wcześniej na chwilę wyłączono prąd. Inaczej nie moglibyśmy was uratować. – A co się właściwie stało? – spytałam. – Zerwały się liny podtrzymujące całą konstrukcję i winda się zawaliła. Była już dość stara, a poza tym nie była od lat remontowana. – A jak panowie nas tu znaleźli? – spytałam. – Zrobiło nam się zimno, więc weszliśmy do szkoły, żeby się rozgrzać – zaczął opowiadać czarnowłosy mężczyzna. – I wtedy zobaczyliśmy coś dziwnego: w miejscu wejścia do windy widniała wielka dziura, dookoła leżało pełno kawałków drewna, metalowych części, łańcuchów, potłuczonego szkła i innych odpadków, na tym wszystkim tablica z przyciskami, a was nie było widać. Więc zeszliśmy po schodach na dół, do podziemnego korytarza, gdzie zobaczyliśmy w suficie wielką dziurę, a was lecące prosto, centralnie na ziemię. Złapaliśmy was w ostatniej chwili, inaczej mogłyście się zabić – tłumaczył. – A teraz chodźmy stąd, bo jest późno. Mężczyźni wyprowadzili nas na podwórko szkolne i wtedy ten starszy, siwowłosy spytał: – Macie tu samochód? – Mamy – powiedziałam. – Tam stoi. I wskazałam miejsce naprzeciwko szkoły, gdzie stała nasza terenówka. Mężczyzna poszedł we wskazanym kierunku, stanął i spytał: – Teraz chcecie jechać? – Tak, zaraz jedziemy – powiedziała Kornelia. – Tylko boimy się, że jutro ten nauczyciel, z którym miałyśmy się dzisiaj spotkać, zemści się na nas. – Nie bójcie się. On nie zrobi wam nic złego – powiedział drugi z mężczyzn, który teraz również podszedł do samochodu. – Zresztą on również jest poszkodowany i nie może wrócić do domu. Zaraz się z nim skontaktujemy, a potem zadzwonimy po straż pożarną i on zostanie uwolniony. – Dziękujemy panom i dobranoc – pożegnałyśmy się szybko, wsiadłyśmy do samochodu i jeszcze raz, przed odjazdem, spojrzałyśmy na naszych wybawców. Stali spokojnie pod szkołą z uśmiechami na twarzach. Ten młodszy wyjął z kieszeni telefon komórkowy, wystukał numer straży pożarnej i zaczął dzwonić. Wtedy odjechałyśmy. Kiedy wróciłyśmy do domu, było już wpół do ósmej, a jeszcze nie jadłyśmy kolacji. Byłyśmy już i tak spóźnione, a następnego dnia miałyśmy po raz drugi spotkać się z tym nauczycielem. W nocy długo nie mogłyśmy zasnąć, a kiedy już zasnęłyśmy, miałyśmy koszmarne sny. Wydawało nam się, że jeśli dojdzie do spotkania z tym nauczycielem, to on będzie chciał się na nas zemścić. Następnego dnia po południu, kiedy wróciłam z pracy, pojechałam pod szkołę, żeby zobaczyć, czy mężczyźni, którzy uratowali nas poprzedniego dnia, już tam są. Jeszcze ich nie było: była dopiero trzecia po południu, a do ich przyjazdu zostały trzy godziny. W pośpiechu wsiadłam do samochodu i pojechałam do kawiarni, gdzie byłam umówiona z Kornelią i z tym nauczycielem. Kiedy tam weszłam, jeszcze nikogo z nich nie było. Usiadłam przy wolnym stoliku i kiedy podeszła kelnerka, zamówiłam tylko wodę mineralną. Po kilku minutach, kiedy siedziałam i czekałam na zamówiony napój, usłyszałam, że ktoś wchodzi do budynku. Odwróciłam się i zobaczyłam Kornelię, idącą w kierunku mojego stolika. – O, dobrze, że już jesteś – powiedziała i usiadła z mojej lewej strony. Chwilę później przyszła kelnerka z zamówioną przeze mnie wodą mineralną. – A pani? Co pani zamawia? – spytała. – Ja poproszę jakiś sok. – Jaki? – spytała kelnerka – Pomarańczowy, malinowy, wiśniowy, jagodowy czy porzeczkowy? – Malinowy poproszę. Widząc, że siedzę beztrosko i piję wodę, spytała: – Na kogo czekasz? – Na tego nauczyciela, który wczoraj chciał się z nami koniecznie spotkać, ale, jak wiesz, do spotkania nie doszło, bo się winda zawaliła. – Ach, o tym mówisz! – zawołała. – Nie strasz mnie nim – dodała. – Od kiedy zobaczyłam tego rannego chłopca i pomyślałam, że mógł bić też inne dzieci, boję się tego człowieka. W tym momencie kelnerka przyniosła zamówiony przez Kornelię sok. A Kornelia ciągnęła dalej: – Nawet nie chcę myśleć, co on nam może zrobić! Właśnie w tym momencie przed kawiarnią zatrzymał się granatowy volkswagen. I wysiadł z niego Andreas Winkler. Był to dość wysoki, mający metr siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, mężczyzna, blondyn z niebieskimi oczami i sumiastymi wąsami, który tego dnia był ubrany w czarną, skórzaną kurtkę, czerwoną, flanelową koszulę, czarne, skórzane spodnie i brązowe buty, również ze skóry. Kiedy wysiadł, zaczęłyśmy go obserwować, zarówno z uwagą, jak i z niepokojem. A on podszedł do bagażnika, otworzył go i, ku naszemu przerażeniu, zobaczyłyśmy, że wyjął z niego kij. I, ku naszemu przerażeniu, zobaczyłyśmy, że on z tym kijem wchodzi do kawiarni. Wszedł i usiadł przy naszym stoliku, naprzeciwko mnie. Przeraziłam się jak diabli! Kiedy wszedł i usiadł przy naszym stoliku, z miejsca spytał: – Dlaczego Franek Jachlewicz nie przyszedł dzisiaj do szkoły? Przecież mówiłem mu i innym uczniom, że od tego roku szkolnego wszyscy mają przychodzić do szkoły niezależnie od tego, co by się działo! – Nas pan o to pyta? – zdziwiła się Kornelia. – A może trzeba było nie bić tego chłopaka, co? Pan go pobił do krwi! – Tak? – spytał mężczyzna. – No pewnie. Przecież myśmy go wczoraj ratowały! – powiedziałam. – Właściwie powinnyśmy były wtedy zawiadomić policję o tym, co pan mu zrobił, tylko wczoraj jeszcze nie wiedziałyśmy, że to pana sprawka… – A dzisiaj wiecie? Przecież tego nie powiedziałem! – Ale to pan do mnie zadzwonił i pan chciał ze mną rozmawiać – powiedziałam. – A ja odebrałam telefon – powiedziała Kornelia. – Podobno pan bił też inne dzieci! Czy w takim razie mam o całym zdarzeniu zawiadomić policję? – O Boże! Niech pani tego nie robi, bo wtedy stracę nie tylko wolność i pracę, ale też szacunek swojej rodziny: żony i dzieci! – O czym on mówi? – spytałam Kornelię. – Jak to: straciłby szacunek swoich dzieci? – Nie wiem. Chyba chodzi mu o to, że gdyby został aresztowany, a później skazany na karę więzienia, jego rodzina mogłaby się od niego odwrócić i nie chcieć go odwiedzać – odparła. – A tego na pewno by nie chciał. – No nie, tego bym rzeczywiście nie chciał, więc przekażcie Frankowi ode mnie życzenia szybkiego powrotu do zdrowia i nie róbcie ze mnie przestępcy. – OK, nie zawiadomimy dzisiaj policji, ale żeby to było ostatni raz – powiedziała Kornelia. – A teraz musimy już iść. Do widzenia

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz