poniedziałek, 16 lutego 2015

Moje fantazje na temat podróży

Był piątek, dwudziesty ósmy maja dwa tysiące dziesiątego roku. Samolot ze mną na pokładzie miał wylądować na lotnisku w Rijadzie za pięć minut czyli o siedemnastej lokalnego czasu. Kiedy zbliżał się już do lotniska, przechodząca obok stewardessa powiedziała:  „proszę wszystkie kobiety o założenie burek. Za chwilę lądujemy w Rijadzie”. Słysząc ten komunikat,  otworzyłam walizkę z ubraniami, wyjęłam swoją burkę i szybko ją założyłam, a następnie zapięłam pasy. Tymczasem samolot wylądował i pasażerowie zaczęli  niespiesznie wysiadać, najpierw schodząc na płytę lotniska, a następnie wchodząc do hali przylotów. Zaraz po odebraniu bagażu, kiedy zastanawiałam się, co zrobić i gdzie pójść, zobaczyłam nagle mężczyznę w średnim wieku, ubranego po europejsku, ale w białym turbanie na głowie, który szedł w moim kierunku. Kiedy zbliżył się do mnie, wziął moją walizkę i powiedział po angielsku z jakimś dziwnym akcentem: – Dzień dobry. Mam na imię Ahmed i jestem Pakistańczykiem. Proszę iść za mną do samochodu, będę pani kierowcą. Tutaj kobietom nie wolno prowadzić samochodu – wyjaśnił mężczyzna. Byłam mu bardzo wdzięczna za potraktowanie mnie jak Europejki i wzięcie ode mnie ciężkiej walizki z ubraniami i dokumentami. Kiedy wsiedliśmy do toyoty Ahmeda, która stała nieco dalej od wejścia do hali przylotów, kierowca spytał mnie: – Dokąd pani chce jechać? – Najlepiej do jakiegoś porządnego hotelu – odpowiedziałam.– Proszę pani, to jest ryzykowne, nie mogę z panią tam jechać, bo nie jestem pani mężem ani żadnym innym krewnym. Możemy pojechać do mojego mieszkania, pozna pani moją rodzinę, zjemy wspólnie kolację, przenocuje pani u nas, a rano, po śniadaniu, obwiozę panią po mieście. – OK, pomyślałam i skwapliwie zgodziłam się na jego propozycję. I pojechaliśmy do jego domu, mieszczącego się w willowej dzielnicy miasta. Kiedy stanęliśmy przed domem, kierowca powiedział: – Wie pani co? Jak pójdziemy do mnie do domu, to przedstawię pani swoją żonę i dzieci. Cieszy się pani? – Owszem – powiedziałam – ale najpierw chciałabym coś zjeść. I rzeczywiście: zajechaliśmy do bardzo bogatej dzielnicy willowej, gdzie mieszkał razem z żoną i dwojgiem dzieci. Kiedy przyjechaliśmy, wszystko już było przygotowane: stół w salonie był zastawiony różnymi sałatkami warzywnymi, potrawami z pieczonego i gotowanego mięsa we wszelkich możliwych postaciach: z gotowanymi warzywami, w sosie pomidorowym, pod serową pierzynką, kotlecikami jagnięcymi i drobiowymi, samymi warzywami na ciepło, pośrodku stały dzbanki z napojami: herbatą miętową, herbatą zwykłą, sokiem pomarańczowym i sokiem z granatów. Kierowca najpierw przedstawił mnie swojej rodzinie: żonie i dzieciom, a potem poprosił mnie, żebym usiadła na wskazanym przez niego krześle. – To jest Jadwiga, moja klientka – powiedział. A do mnie się zwrócił – to jest moja żona Amal. Zaraz też podeszła do mnie kobieta w tradycyjnej długiej, kolorowej sukni, na oko o rok młodsza od swojego męża, i powiedziała – Miło mi panią poznać. – Mnie również – odparłam. Zaraz też przyszły dzieci moich gospodarzy: dwudziestoletnia córka i dziewiętnastoletni syn, przywitali się ze mną i wszyscy pięcioro usiedliśmy do kolacji, podczas której miałam wrażenie, że wszyscy spodziewali się mojej wizyty. Wszyscy, włącznie z dziećmi, chcieli jak najwięcej wiedzieć o mnie: skąd pochodzę, dlaczego przyjechałam do Arabii Saudyjskiej, czy zanim tu przyjechałam, podróżowałam po innych krajach i najważniejsze: czy mam rodzinę. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że jestem Polką, że podróżuję po krajach muzułmańskich, ponieważ opisuję życie tamtejszej ludności i chcę napisać i wydać na ten temat książkę,o rodzinie mówiłam niewiele. Po kolacji Amal zaprowadziła mnie na górę, do sypialni. – Proszę iść za mną – powiedziała po angielsku, wskazała schody, sama poszła pierwsza, a mnie kazała iść za sobą. Kiedy weszłyśmy na górę, zobaczyłam najpierw dość długi  korytarz, a na jego końcu, na wprost, drzwi do łazienki. Po ich lewej stronie zobaczyłam inne drzwi, również zamknięte. – Proszę – powiedziała – tu jest klucz. Wejdź, a ja sobie idę. Muszę jeszcze pozmywać naczynia. Dobranoc! Otworzyłam drzwi, weszłam do pokoju i zapaliłam światło. Był dość duży, jasny i przestronny. Naprzeciwko drzwi było duże okno, pod którym stało łóżko, a obok niego szafka nocna. Na lewo od drzwi stał mały stolik, a na nim radio, podłączone do jedynego kontaktu w ścianie. Natychmiast je włączyłam i zaczęłam szukać telefonu komórkowego w swojej walizce. – Halo, Kornelio! Dzwonię dopiero teraz, bo jadłam kolację. – No cześć, kochanie. Skąd dzwonisz? – Z Rijadu, z Arabii Saudyjskiej. Wcześniej byłam w Pakistanie i w Iranie… – A kiedy wracasz? – spytała Kornelia. – Nie wiem jeszcze, prawdopodobnie dopiero w następną niedzielę. Aha, jak wrócę, to zrób to ciasto z masą budyniową, które jadłyśmy rok temu w kawiarni. – Jakie ciasto? Aaaa! Już wiem. Z masą budyniową, polewą czekoladową i orzechami włoskimi. Ja też je lubię. Możesz mi podać przepis? Czekaj, tylko wezmę coś do pisania. No teraz mów. – A więc na ciasto potrzebujesz: czterdziestu pięciu dekagramów mąki, dwóch łyżeczek sody oczyszczonej, piętnastu dekagramów masła, piętnastu dekagramów cukru, dwóch łyżek miodu i dwóch jajek, na wierzchnią warstwę: pięciu dekagramów masła, czterech łyżek cukru, dwóch łyżek miodu i dwudziestu dekagramów orzechów włoskich, a na krem: trzech czwartych litra mleka, dziesięciu dekagramów cukru, dwóch budyni śmietankowych takich w torebkach i ćwierci kilograma miękkiego masła, a do dekoracji rozpuszczonej czekolady. Zapisałaś wszystkie składniki? – Tak. I co dalej? – Budyń gotujesz na osłodzonym mleku, a z mąki, sody oczyszczonej, masła, cukru, miodu i jajek zagniatasz ciasto i dzielisz je na trzy części. Masło, przeznaczone na warstwę wierzchnią rozpuszczasz z cukrem i miodem, orzechy włoskie drobno siekasz, wsypujesz je do rozpuszczonego masła i przesmażasz, mieszając. Płaty ciasta cienko rozwałkowujesz, na jednym z nich rozkładasz orzechy, a całość wstawiasz do piekarnika i pieczesz dziesięć minut w temperaturze stu osiemdziesięciu stopni Celsjusza, po czym studzisz ciasto, a w tym czasie budyń ucierasz z masłem i przekładasz nim płaty ciasta, umieszczając na wierzchu ten z orzechami, po czym całość dekorujesz polewą czekoladową. Zapisałaś wszystko dokładnie? – Tak, dziękuję. Mam nadzieję, że z przepisu skorzystam. Aha, w środę do Madrytu przylatuje twoja mama, która już wie o twoim wyjeździe. A przepis jest świetny! – Możesz go wykorzystać właśnie już w środę. – Ale mówiłaś, że wrócisz w niedzielę? – W następną niedzielę, szóstego czerwca. Prawdopodobnie, zaznaczam,  prawdopodobnie. To dobranoc. Zadzwonię w środę. – Dobranoc.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz