Wczoraj i przedwczoraj wszyscy troje, to znaczy mama, tata i ja, przeżyliśmy dwa bardzo trudne dni. Głównie z powodu pogody, a ściśle mówiąc, z powodu huraganu. Już w środę ostrzegano w radiu, telewizji i przede wszystkim w internecie o bardzo silnym wietrze, który miał zacząć wiać w czwartek po południu i utrzymywać aż do soboty rano. Ale w czwartek rano nie było jeszcze tak źle. Dopiero po drugiej po południu ciśnienie zaczęło gwałtownie spadać, a prędkość wiatru – wzrastać. W nocy z czwartku na piątek prędkość najmocniejszych porywów dochodziła do stu piętnastu kilometrów na godzinę. W piątek z tego powodu, przez ponad osiem godzin, od szóstej rano do drugiej dwadzieścia po południu, nie mieliśmy prądu. I to wszystko przez wariacką pogodę! Szaleństwo! Przez pięć godzin rodzice próbowali się dodzwonić do pogotowia energetycznego i zgłosić awarię. Niezmiennie odpowiadano im, że jest masowa awaria i nie wiadomo, kiedy nasze zgłoszenie będzie zrealizowane. Wreszcie o jedenastej mamie udało się tam dodzwonić i pracująca tam operatorka powiedziała jej, że nie ma gwarancji, że awaria zostanie usunięta do wieczora. Dopiero, kiedy mama wspomniała o fermie drobiu, operatorka powiedziała: „to ja to wpiszę”. I faktycznie: w ciągu trzech godzin od zgłoszenia usunięto awarię. A tak siedzielibyśmy w ciemnym i zimnym domu nie wiadomo ile godzin, bez prądu, a co za tym idzie, bez dostępu do informacji z zewnątrz jak mieszkańcy Jury Krakowsko-Częstochowskiej przez ponad dwa tygodnie w styczniu dwa tysiące dziesiątego roku. A elektrycy mieli rzeczywiście dużo pracy, gdyż huraganowy wiatr i padający przy tym gęsty, mokry śnieg pozbawiły prądu dużą część województwa zachodniopomorskiego. Już w piątek, po porannych zadymkach, pogoda zaczęła się poprawiać: wiatr chwilami słabł, pokazywało się słońce. Wieczorem zaczął padać śnieg, wiatr się nasilił, ale już nie tak jak poprzednio. A potem już się na tyle uspokoił, że przestał stanowić jakiekolwiek zagrożenie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz