środa, 9 września 2015

Historia pewnej kradzieży

Piękne były te dni czerwcowe w Krakowie, kiedy wdowa po księciu Mantuańskim, Katarzyna, przybyła do Polski 24 czerwca 1553 roku, aby poślubić króla polskiego Zygmunta Augusta. Sam król, strojny w białe atłasy, ozdobione srebrem, wyjechał na spotkanie pięknej księżnej do Łobzowa, a potem już razem wjechali do przystrojonego wspaniale miasta. Z okien kamienic zwieszały się cenne kobierce lub połyskujące złotem tkaniny, ulice, którymi przejeżdżał królewski orszak, wysłane były czerwonym suknem, mieszczki krakowskie, bogato przystrojone, siedziały w oknach lub tłoczyły się na ulicy, aby lepiej zobaczyć królewską oblubienicę. Marcynka Sobierajówna też stała w tym tłumie obok swojej matki i wspinała się na palce, aby lepiej zobaczyć wspaniałą parę królewską, znakomitych rycerzy i strojne damy. Było na co patrzeć! Jakież cudne materie jedwabne, przetykane srebrnymi i złotymi nitkami, jakie aksamity zdobiły to dostojne towarzystwo! A klejnoty? Słońce odbijało się w drogocennych kamieniach, którymi naszyte były suknie królowej Bony,  trzech królewien i Katarzyny Mantuańskiej. A perły! Niektóre były wielkie jak orzechy laskowe. Aż się wierzyć nie chciało, że były prawdziwe. Ale mistrz Matias Pater, który sam z tego słynął, że wyrabiał co najpiękniejsze łańcuchy, klamry, zausznice i inne klejnoty ze srebra i ze złota, przysięgał, że perły są prawdziwe. - To dopiero! - dziwili się mieszczanie. - Prawdziwe! - Z okrutnych głębin morskich wydobyte - dodawał mistrz  Matias. Marcynka, trzymając się mocno matczynej sukni, zasłuchana, gapiła się na orszak, który zmierzał na Wawel, gdzie za pięć dni miały się odbyć zaślubiny. Toteż wszyscy teraz zaczęli mówić już nie o klejnotach, tylko o tym, że król kazał dla owej zagranicznej księżnej przygotować siedem pokoi i sypialnię, a we wszystkich tych komnatach zostały zawieszone na ścianach przepiękne tkaniny zwane arrasami. Tkane były na zamówienie królewskie w dalekim mieście, które zowie się Bruksela, a przedstawiają rozmaite piękne historie. Jest tam nawet cudnie przedstawiony obraz raju! - Raju, powiadacie? - teraz i mama Marcynki zdziwiła się i aż ręce złożyła, a potem westchnęła, bo chciałaby kiedyś w życiu znaleźć się tam, na Wawelu i zobaczyć na własne oczy owe wspaniałe pokoje królewskie, o których ludzie powiadają cuda. Ledwie jednak to powiedziała, już rozległo się bębnienie, nawoływanie i trąbienie, po czy trębacze odczytywali, że dla radości ogólnej, z okazji królewskich zaślubin, przez cały tydzień będą odbywać się w mieście zabawy wspaniałe, jakich jeszcze nie było, a wszyscy mieszkańcy będą mogli brać w nich udział. - I ja też, matulko, prawda? - zapytała Marcynka. - Ja też pójdę na zabawę? Ale mama posmutniała i widać było, że nie bardzo ma ochotę. Marcynka schyliła więc głowę i nie powtórzyła już pytania. Jakże mogła zapomnieć, że zaledwie rok minął od owego dnia, kiedy ojciec Marcynki  Maciej Sobieraj, murarski majster, spadł z rusztowania na kamienne płyty i się zabił. Marcynka wspomina to sobie w tej chwili, ale woli już więcej o tym nie myśleć, bo straszny to był dzień i straszne ich sieroctwo. Od tego czasu matulka chodzi przyodziana w te smutne, czarne suknie i ani się zaśmieje, jak dawniej, ani zaśpiewa, tylko popłakuje, kiedy się jej zdaje, że nikt nie widzi. Ale Marcynka widzi to czasem i sama wtedy biegnie do ciemnej alkowy i tam szlocha, a szlocha po cichutku. Bo takie to życie sieroce. Dostatek też się w domu skończył. Matulka razem z wujną, a także przy pomocy dwóch piekarczyków, długiego jak tyczka Stanka  i małego, a pulchnego jak bułka Zachariaszka, zaczęła wypiekać pierniczki z miodem i słodkie kukiełki i sprzedawać je w niewielkim kramiku. Były smakowite, więc chętnych do kupowania nie brakowało. Ale żeby dostatek z tego był wielki, tego nie można powiedzieć. Tak sobie rozmyślała Marcynka Sobierajówna, kiedy z wdową Maciejową Sobierajową wracały do domu na Kleparzu. Ale kiedy już Marcynka zdjęła z siebie sukienkę, którą włożyła na owe królewskie powitanie, wdowa Małgorzata najpierw obejrzała tę szatkę swojej jedynaczki, nieco już spłowiałą i przetartą na łokciach, i pogłaskawszy Marcynkę po głowie, rzekła, że chyba trzeba będzie pójść nazajutrz do kramów w Sukiennicach i zobaczyć, czy nie znajdzie się tam parę łokci cienkiego sukna na nową sukienkę. Marcynka aż podskoczyła z radości. Nowa sukienka! I zaraz zaczęła rozważać, jakiejże powinna być barwy. Może rubinkowa? A może barszczowa? Bo wszystkie mieszczki tak się teraz odziewały. Ale że zaraz przypomniała sobie o tym, że przecież jeszcze nie tak dawno została sierotą, odsunęła precz od  siebie myśl o tak jaskrawych barwach. I pomyślała, że najlepiej byłoby, aby suknia była rozmarynowa, taka jak zieleń rozmarynowych liści. Kiedy więc nazajutrz szły wzdłuż kramów w Sukiennicach, Marcynka wypatrywała przede wszystkim, czy nie dojrzy jakiejś zieleni.Była tam, a jakże, była i zieleń. Wabiły wzrok zielone tkaniny jedwabne, przywiezione z włoskiej krainy, skąd przybyła królowa Bona, były aksamity z Francji, miękkie jak mech, były adamaszki, zwane też kamchami, były atłasy i talety jedwabne, przetykane nićmi złotymi i srebrnymi, i tabiny, w których nitki tak zmyślnie były tkane, że wyglądały, jakby fale na wodzie. "Co wybrać - rozważała Marcynka - żeby było i piękne i niezbyt kosztowne". Z tego wszystkiego, kiedy obeszły już chyba ze dwadzieścia kramów, najbardziej spodobała się Marcynce zielona jak mech tabina, którą widziały u kupca, co zwał się Wyrwant. Wyrwant zachwalał swój towar, przerzucał jedwab przez  ramię, aby lepiej było widać piękność fałd i wołał, że sama królowa taką tkaninę mogłaby nosić. Ale droga była owa tabina. Wdowa Małgorzata Sobierajowa nadaremnie zaklinała Wyrwanta, aby postąpił nieco z ceny, ale Wyrwant nie i nie! I już nawet nie chciał więcej z nimi gadać, bo akurat przyszedł inny kupujący, jakiś młodzieniaszek, który kazał pokazać sobie co najpiękniejsze włoskie atłasy. Grymasił i przebierał i nic mu nie było dosyć dobre. Tymczasem Małgorzata Sobierajowa przeliczyła raz jeszcze grosze, które miała zawinięte w szmatkę i ani rusz nie było tego tyle, żeby miało starczyć na tę zieloną tabinę dla Marcynki. Tak więc powiedziawszy kupcowi, iż z żalem wielkim wyrzekła się kupna, odeszła razem z Marcynką od kramu. Nie uszły jednak daleko, kiedy naraz ktoś je w tłoku potrącił, że aż się zatoczyły, aż o mur się oparły. A był to nie kto inny, tylko ten młodzik, co przed Wyrwantowym kramem tak się rozpychał i grymasił. Zaraz potem rozległy się wołania: - Łapać złodzieja! Łapać rabusia! Do wdowy Małgorzaty i Marcysi dopadł z krzykiem kupiec Wyrwant. Chwycił Małgorzatę za ramię i potem na oczach wszystkich, którzy zaraz wokół zaczęli się tłoczyć, wyciągnął jej z kosza spory płat pięknego atłasu barwy rubinkowej. - Oto, co te niewiasty mi skradły! - wołał. - A was obecnych biorę na świadków tej kradzieży.  I jeszcze powiedział, że będzie się domagał sądu, aby ta nieuczciwość została ukarana jak należy! Ja przecież tego nie wzięłam! - wołała Małgorzata. - Ludzie! Bogiem się klnę, żem tego nie wzięła! Nie wiem, jak ten płat znalazł się w moim koszu! Ale ponieważ wszyscy naokoło widzieli, że to z jej kosza kupiec Wyrwant atłas barwy rubinkowej wyjął, więc nie wierząc jej łzom ani zaklęciom, stanęli za kupcem Wyrwantem i domagali się ukarania nieuczciwości. Obie szlochające, Małgorzatę Sobierajową i jej córkę Marcynkę, zabrali zaraz strażnicy miejscy i zaprowadzili do lochów, gdzie miały oczekiwać na sąd sprawiedliwy i na karę. A kary za kradzież były srogie: pręgierz i chłosta, długoletnie więzienie, a nawet obcięcie prawej ręki. Długo było tego strasznego czekania. Z powodu królewskiego wesela, w Krakowie nastał czas świętowania i zabaw. Na ulicach weseliły się tłumy ludzi odświętnie przystrojonych, a na zamku odbywały się turnieje, podczas gdy Małgorzata Sobierajowa i Marcynka, zamknięte w chłodnej ciemnicy, o chlebie i wodzie, czekały na czas sądu. Aż wreszcie któregoś ranka strażnik więzienny zapowiedział im, że będą poprowadzone na sąd. Jakoż prawdę mówił, gdyż w chwilę później przyszli pachołcy, aby je zawieść przed sąd królewski, u którego chciały szukać sprawiedliwości. Prowadzili je przez niekończące się, wąskie i ciemne korytarze, przez strome kamienne schody, przez krużganki i wielkie komnaty, aż wreszcie znalazły się w największej, gdzie miały być sądzone. Marcynka, popłakując, rozejrzała się. Sala to była niezwykle rozległa, najwidoczniej narożna, z sześcioma wielkimi oknami, zastawiona ławami, na których zasiadali bogato odziani ludzie. Zaś strop tej sali był tak niezwykły, że Marcynka nawet na chwilę zapomniała o swoim strasznym zmartwieniu, kiedy wpatrywała się w niego. - Matulko - szepnęła - a tam, na stropie, widzicie? Głowy ludzkie na nas patrzą. A chociaż były owe głowy wyrzezane z drewna, wydawały się jakby żywe, jakby spoglądały na sprawy ludzkie, które na tej sali sądzono. Tymczasem przy drugich drzwiach ludzie się rozstąpili i wszedł król, odziany w ciemny aksamit. Piękny był, a tak blady, jakby go jakiś mistrz w białym marmurze wyrzeźbił. Wolnym krokiem zbliżył się do wysokiego krzesła, na którym zasiadł, i rozpoczął sądzenie. Najpierw rozsądzał jakiś spór o grunt miejski, potem dwóch mieszczan prawowało się o pieniądze, aż wreszcie królewski urzędnik oznajmił głośno, że oto teraz sądzona będzie za kradzież wdowa po murarzu miejskim Małgorzata Sobierajowa i jej córka, zaś poszkodowanym jest kupiec Paweł Wyrwant. Ledwie to zostało ogłoszone, kupiec Wyrwant donośnym głosem zaczął skarżyć się, jaką to szkodę poniósł  niezwykłą, a to przez to, że obecna tu wdowa Małgorzata Sobierajowa skradła mu z jego kramu płat atłasu niezwykle cennego. Przychwycona została na kradzieży i atłas został jej przez prawego właściciela odebrany, wszelako dla przykładu ta nieuczciwa kobieta i jej córka, która z nią materiały wybierała, powinny ponieść karę. Teraz król zwrócił swoją piękną twarz w stronę pobladłej Małgorzaty i spłakanej Marcynki i skinął dłonią na pisarza sądowego, aby zapisał wyrok, jaki ma być wykonany na tej, która dopuściła się kradzieży cudzego mienia. A według tego wyroku, stojąca przed sądem Małgorzata ma na rynku stanąć pod pręgierzem i zostać publicznie wychłostana, a ponadto trzy lata być w lochu więziona. Marcynka, usłyszawszy to, krzyknęła tak żałośnie, jakby to ptak zakwilił, trafiony kamieniem. Jakże to? Nawet nie mogła pomyśleć, by tak się mogło stać, jak rzekł król. Przecież matulka nie wzięła Wyrwantowego atłasu. Przecież Wyrwant niesłusznie ją oskarżył. - Niesłusznie mnie kupiec Wyrwant skarżył! - powtarzała też i wdowa Małgorzata. - Klnę się na wszystko, co najświętsze, klnę się na dziecko moje, które tu przy mnie stoi, dziecko moje jedyne, żem niewinna i owego atłasu nie wzięłam. Bądź sprawiedliwy, królu nasz i panie! - Jakże nie wzięła, kiedym z jej kosza płat atłasowy wyciągnął, a ludzie to widzieli - wołał tymczasem Wyrwant. Jeszcze raz powtórzył król swoje słowa, że kara ma być wykonana. - Kiedym niewinna tej kradzieży! - zawołała jeszcze raz Małgorzata Sobierajowa, a widząc, że nikt nie chce jej uwierzyć, rzekła z rozpaczą, wyciągając ręce w górę, do owego stropu, z którego spoglądały na salę rzeźbione głowy. - Niech te głowy za mną przemówią i o mojej niewinności zaświadczą, jeśli ty, panie, mi nie wierzysz! Cisza zapanowała wtedy ogromna i przejmująca na sali, bo niezwykłą rzeczą było owo wołanie skrzywdzonej, a po chwili, wśród ciszy tej, zabrzmiały z góry, od stropu, głośno i wyraźnie po łacinie wymówione słowa:  - Rex Auguste! Judica juste! A zwrócone były do króla i znaczyły: Królu Auguście! Sądź sprawiedliwie! Zaraz też wszyscy z ogromnym zdumieniem podnieśli wzrok ku rzeźbionemu stropowi, skąd na salę spoglądało sto dziewięćdziesiąt głów. Która z nich wypowiedziała te słowa? Która ujęła się za pokrzywdzoną wdową po miejskim murarzu? Która upomniała się o sprawiedliwość dla niej? Nikt nie potrafił tego odgadnąć, chociaż byli i tacy, którzy przysięgali, że na własne oczy widzieli poruszające się jeszcze wargi jednej z tych głów. Inni zaś twierdzili, że przemówiła ta z przewiązanymi ustami. Jedno tylko jest pewne: że król Zygmunt August, przejęty tak niezwykłym orędownictwem, uniewinnił Małgorzatę Sobierajową i zwolnił od kary. A jakby jeszcze na potwierdzenie jej niewinności w chwilę później strażnicy miejscy przyprowadzili na salę młodzieńca, który przebierał w cennych materiałach u Wyrwanta. To on, skradłszy z lady płat atłasu, rzucił go podczas ucieczki do kosza Małgorzaty. Znaleźli się na to rzetelni świadkowie, którzy, przedtem przed sąd niedopuszczeni, teraz świadczyli prawdę.Tak więc teraz ten człowiek nieuczciwy miał sprawiedliwie ponieść karę, wyznaczoną przedtem dla wdowy Sobierajowej, zaś kupiec Wyrwant, który ją skrzywdził niesłusznym oskarżeniem, nie tylko o przebaczenie Małgorzatę prosił, ale i zobowiązał się wobec królewskiego sądu, że wypłaci jej godziwe odszkodowanie. I taka to jest krakowska opowieść o mówiącej głowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz