Pod koniec czerwca dwa tysiące piętnastego roku Monika, ta sama, która miesiąc wcześniej poszła poza Warszawę poszukać na łące kwiatów bratka i pokrzyw do przygotowania omletu, tym razem postanowiła zaprosić do siebie o rok młodszą od siebie przyjaciółkę Ewę, która zresztą chodziła do tej samej szkoły, co Monika. Właśnie tego dnia, dwudziestego siódmego czerwca rano, kiedy Monika i jej rodzice siedzieli w kuchni i jedli śniadanie, zadzwonił telefon komórkowy Moniki. - Odbierz - poprosił jej ojciec. - Już, tato - powiedziała Monika, wzięła telefon i wyszła na chwilę na korytarz. Wróciła po dziesięciu minutach i powiedziała: - Dzwoniła moja przyjaciółka Ewa. Pytała, czy może przyjechać po południu. Powiedziałam, że owszem, może przyjechać nawet na kilka tygodni, a nie na kilka dni, tak jak zadeklarowała. - powiedziała Monika. - O której Ewa ma przyjechać? - spytała mama Moniki. - O piętnastej. Ale nie martwcie się, nikt z was nie będzie musiał po nią nigdzie jechać, ona mieszka na drugim końcu miasta i przyjedzie rowerem. Przywiezie ze sobą tylko ubrania, bieliznę i przybory toaletowe: pastę i szczoteczkę do zębów. Kiedy wszyscy skończyli jeść, Monika wstała, żeby pozmywać naczynia, a następnie zająć się przygotowaniem obiadu. Tego dnia na obiad miał być quiche warzywny z brokułem, marchewką i cebulą. Właśnie dlatego Monika przygotowała sobie stolnicę, rozłożyła ją na stole, a następnie rozsypała na niej mąkę, dodała masło, sól i wodę i zaczęła zagniatać ciasto. Kiedy już je zagniotła, uformowała z niego kulę i na pół godziny włożyła ją do lodówki, a w tym czasie wyjęła okrągłą formę do tart i postawiła ją na szafce. Po półgodzinie od włożenia ciasta do lodówki wyjęła je, cienko rozwałkowała, wylepiła nim dno i boki formy do tart, pamiętając jednocześnie o zostawieniu dookoła boków czterocentymetrowych rantów, a formę z ciastem wstawiła na dziesięć minut do piekarnika, nagrzanego wcześniej do dwustu stopni Celsjusza. Umyła marchew i brokuł, obrała cebulę, marchew i cebulę i czosnek drobno posiekała, brokuł podzieliła na różyczki, a dodatkowo starła na tarce pięć dekagramów sera żółtego i wszystkie składniki ułożyła na wystudzonym cieście. Następnie roztrzepała cztery jajka z dwustu pięćdziesięcioma mililitrami gęstej śmietany, szczyptą gałki muszkatołowej i odrobiną soli, wylała przygotowaną masę jajeczną na ciasto z warzywami i wstawiła formę z quiche'em do wciąż gorącego piekarnika na kolejne dwadzieścia minut. Kiedy go wyjęła z piekarnika, była prawie pierwsza po południu. Postawiła obiad na stole, odwróciła się w stronę drzwi i zawołała z głębi kuchni: - Mamo, tato, obiad! - Już idę, Moniczko - odezwała się jej mama, która zaraz dodała, wchodząc do kuchni - Ojciec kończy pracę dopiero za godzinę, ale możesz mu zostawić trochę quiche'u, on to bardzo lubi. - Dobrze, mamo - powiedziała Monika - połowę zjemy same, a drugą połowę rozdzielę między tatę i Ewę, która dzisiaj przyjeżdża. Już widzę jej zaskoczoną minę! To powiedziawszy, Monika razem z matką usiadły przy stole i zaczęły jeść. Jadły z wyjątkowym apetytem, popijając wszystko herbatą. Kiedy skończyły jeść, Monika zaczęła zmywać naczynia, kiedy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. - Może to Ewa? - spytała Monika i poszła otworzyć. Na progu stała wysoka, niebieskooka blondynka z długimi, zaplecionymi w dwa warkocze, włosami, ubrana w jasnoniebieską sukienkę z krótkimi rękawami i czarne, skórzane kozaki. - Wejdź, wejdź - zawołała Monika, widząc, że Ewa nadal stoi na progu, trzymając za pasek dużą, brązową, skórzaną torbę, przewieszoną przez prawe ramię. W końcu Ewa weszła za Moniką do kuchni, zdjąwszy tylko przedtem buty i założywszy kraciaste, czarno-pomarańczowe kapcie, które wyjęła z torby. - Dzień dobry - powiedziała Ewa, zobaczywszy mamę Moniki, która podeszła do niej i pocałowała ją w obydwa policzki. - Pewnie jesteś głodna - raczej powiedziała niż zapytała Monika - Może zjesz trochę quiche'u? Zaraz ci dam. - A co to jest? - spytała Ewa. - To jest taka tarta, tyle że na słono. Akurat ten quiche jest z brokułem, marchewką i cebulą. To siadajmy do stołu. Kiedy dziewczynki usiadły przy stole, a Monika wcześniej podała Ewie porcję quiche'u i szklankę herbaty, Monika powiedziała: - Dzisiaj już może nie, ale jutro po południu zamierzam wziąć rower i pojechać trochę za miasto. Co ty na to? - Ojej! Naprawdę? Za miasto, czyli gdzie konkretnie? - spytała Ewa. - Na wieś, do mojej babci. Albo jeżeli chcesz, mogę cię obwieźć po okolicy. - Dobrze, pojedźmy jutro do twojej babci, a potem pojeździmy sobie po okolicznych drogach. Reszta soboty minęła im na rozmowach, oglądaniu telewizji i czytaniu książek. Wieczorem zjadły kolację i zaraz potem poszły spać. Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, Monika zabrała zaskoczoną Ewę na przejażdżkę rowerową po okolicy. Wcześniej poprosiła mamę, żeby nie czekała na nie z obiadem. - Mamo - powiedziała - nie czekaj na nas z obiadem, zjemy coś u babci. - Ale weźcie przynajmniej jakieś kanapki na drogę! - Ale po co? Mówiłam ci, że zjemy coś u babci! - zawołała Monika i razem z Ewą wyszły z mieszkania. Zjechały windą z piątego piętra na parter, wyprowadziły z piwnicy rowery, wyniosły je na dwór, wsiadły na nie i pojechały. Z początku, przez miasto, jechały wolno, uważnie obserwując ulice. Dopiero po wyjeździe z Warszawy zaczęły zwracać większą uwagę na otaczający je krajobraz. Mijały łąki pełne kwiatów, pola i gdzieniegdzie pojedyncze drzewa. Kiedy dojechały do wsi, Monika się zatrzymała, zsiadła z roweru i spojrzała na Ewę. - Jedziemy dalej czy jesteś zmęczona? - spytała.- Nie, nie jestem zmęczona. Jedźmy dalej. Ale kiedy Monika wsiadła na rower, zobaczyła, że z naprzeciwka nadjeżdża granatowy volkswagen.Czym prędzej zsiadły z rowerów i zeszły na bok, ale zobaczyły, że mężczyzna siedzący za kierownicą, to ten sam człowiek, który jeszcze prawie cztery lata wcześniej był nauczycielem w miejscowej szkole podstawowej, a od roku był na emeryturze. Kiedy podjechał na tyle blisko, że Monika i Ewa mogły zobaczyć jego twarz, wysiadł z samochodu. - Dzień dobry - powiedziały dziewczynki nieznajomemu mężczyźnie, który tymczasem podszedł do nich i spytał: - Dzień dobry. Czy mógłbym was gdzieś podwieźć? - Nie, dziękujemy. Mamy rowery. - OK - powiedział mężczyzna, wsiadł do samochodu i odjechał.Tymczasem dziewczynki wsiadły na rowery i pojechały dalej. Kiedy skręciły na drogę prowadzącą do domu babci Moniki, zobaczyły, że przed szkołą stoi dwóch innych mężczyzn, wyglądających bardziej sympatycznie. Ale nie miały już czasu ani ochoty na rozmowę z nimi i pojechały do babci Moniki, która już na nie czekała.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz