Będzie to historia o z pozoru zwykłej szesnastolatce, nazwijmy ją Moniką, która mieszka z rodzicami w Warszawie, chodzi do liceum, dobrze się uczy i marzy… A więc ową Monikę poznajemy w pewien piękny majowy dzień. Monika siedzi przed komputerem w swoim pokoju i, surfując po Internecie, najpierw sprawdza pocztę, potem pogodę, a jeszcze później wchodzi na portal o tematyce kulinarnej. Jest niewysoka, ma proste, ciemnobrązowe, sięgające do ramion, włosy i niebieskie oczy. W chwili, kiedy ją poznajemy, ma na sobie niebieską koszulkę z krótkimi rękawami i krótkie, czerwone spodenki. W pewnej chwili usłyszała wołanie matki: – Moniczko, chodź na obiad! – Już idę! – powiedziała Monika i wyszła z pokoju. Przeszła przez korytarz i weszła do kuchni, gdzie jej matka stawiała już na stole talerz z gotowaną kaszą jęczmienną, polaną gęstym sosem pomidorowym i kulkami z mielonej, gotowanej wołowiny, a do tego sałatę z rzodkiewką.- Zrobiłam ci twoje ulubione danie. Mam nadzieję, że będzie ci smakowało – powiedziała do Moniki, która tymczasem usiadła przy stole i zaczęła jeść. Kiedy zjadła obiad i wstała od stołu, przypomniała sobie o swoim włączonym komputerze i zaraz wróciła do pokoju. Usiadła przy komputerze i zaczęła czytać przepisy kulinarne, zamieszczone na stronie. Lubiła dobrze zjeść, a dzięki swojej mamie nauczyła się przyrządzać proste dania: różne sałatki, jajka na twardo i na miękko, zupy… Właśnie owego majowego dnia, podczas długiego weekendu, zapragnęła zrobić omlet z brokułem, pokrzywami i kwiatami bratka. W Warszawie, gdzie mieszkała, nie było ani pokrzyw ani kwiatów bratka, ale miała w domu: jajka, brokuł, pomidorki koktajlowe, żółty ser, sól, pieprz, chili, cukier i sklarowane masło. A o pokrzywy i o kwiaty bratka postanowiła się postarać następnego dnia. Tymczasem była druga po południu i było już za późno na szukanie czegokolwiek, tym bardziej, że Monika musiałaby chyba wyjechać poza Warszawę. A przecież nie miała własnego samochodu ani prawa jazdy. Postanowiła zatem zaczekać do następnego dnia. Wyłączyła komputer, wzięła książkę, usiadła w fotelu naprzeciwko biurka i zaczęła ją czytać. Po około godzinie przerwała czytanie, odłożyła książkę i podeszła do okna. Spojrzała na zatłoczoną o tej porze ulicę i pomyślała, że jeszcze zdąży odrobić zadaną na poniedziałek matematykę. Poszła do kuchni, wzięła stojący przy drzwiach niebieski plecak, w którym codziennie nosiła do szkoły książki, zeszyty i inne przybory szkolne i przyniosła do pokoju. Usiadła na krześle, wyjęła z plecaka zeszyt i podręcznik do matematyki, a także piórnik, z którego wyjęła długopis. Następnie otworzyła zeszyt i zaczęła w nim pisać. Lubiła matematykę, a zwłaszcza rozwiązywanie wszelkich równań: liniowych, kwadratowych, wielomianowych, wykładniczych, logarytmicznych… Właśnie miała zadane rozwiązanie kilkunastu przykładów równań wykładniczych i logarytmicznych, po osiem przykładów równań każdego rodzaju. Skończywszy odrabiać lekcje, spakowała podręcznik, zeszyt i piórnik, zapięła plecak i postawiła go przy biurku, a następnie podeszła do kanapy, zsunęła z nóg brązowe, skórzane sandały, położyła się na ułożonej na kanapie jasnoniebieskiej poduszce i przykryła się czerwono-fioletowym, kraciastym kocem. Zaledwie to zrobiła, zamknęła oczy i myślami już była na łące pełnej kwiatów. Lubiła kwiaty i inne rośliny, zwłaszcza lubiła je fotografować. Miała w swoim telefonie komórkowym aparat fotograficzny i niekiedy fotografowała różne krzewy i kwiaty na klombach. Teraz jednak drzemała na kanapie pod kocem, nie wiedząc, że następnego dnia spotka kogoś, z kim wolałaby się nie spotkać i nie rozmawiać. I rzeczywiście, następnego dnia, w sobotę rano, wstała bardzo wcześnie, kiedy jeszcze jej rodzice spali. Ubrała się: włożyła zieloną bluzkę z krótkimi rękawami, na nią czarno-zielony, wełniany sweter, a do tego ciemnopopielate, długie spodnie, czerwone skarpetki i brązowe trampki, poszła do kuchni, zjadła śniadanie, wypiła kawę, wzięła duży wiklinowy koszyk, do kieszeni włożyła klucz i, nic nikomu nie mówiąc, wyszła z domu. Zjechała z piątego piętra i bardzo szybko znalazła się na ulicy. Szła szybko, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że niektórzy przechodnie dziwnie jej się przyglądali. Po półgodzinie doszła na przedmieścia stolicy. Wtedy stanęła i rozejrzała się dookoła. Wsunęła rękę do kieszeni spodni i wyjęła jasnobrązowe rękawice, chroniące przed poparzeniem pokrzywami, a następnie założyła je na ręce. Ponownie wzięła koszyk, który, chcąc założyć rękawice, postawiła na ziemi i poszła dalej. Piętnaście minut później zobaczyła łąkę pełną kwiatów w najprzeróżniejszych kolorach: białe, żółte, czerwone, niebieskie, granatowe, pomarańczowe, fioletowe, różowe… Poszła w głąb łąki, gdzie rosło najwięcej bratków. Postawiła koszyk na trawie, kucnęła obok, zaczęła zrywać kwiaty i wkładać je do koszyka. Kiedy skończyła, wróciła na drogę i skręciła w prawo, gdzie wzdłuż bocznej drogi rosło dość dużo pokrzyw. Weszła między nie i zaczęła je zbierać. Kiedy skończyła, postanowiła wrócić do domu. Włożyła pokrzywy do koszyka, wzięła go i odwróciła się w stronę głównej drogi. Wróciła do domu przed dziewiątą, przebrała się i zaczęła przygotowywać omlet. Pokrzywy kilka razy dokładnie opłukała i przelała je gorącą wodą. Brokuł podzieliła na różyczki i ugotowała go al dente. Jajka ubiła z solą, pieprzem, pokrzywami i brokułem. Pomidorki koktajlowe poprzekrawała na pół, a z papryczki chili usunęła pestki i również pokroiła ją na kawałki. Zaledwie postawiła na kuchence patelnię i wlała na nią sklarowane masło, do kuchni weszła jej mama i zawołała: – Ojej, jak tu pięknie pachnie! Co tym razem pichcisz? – Omlet smażę – odpowiedziała Monika, sięgając po miskę z masą jajeczną i wylewając jej zawartość na patelnię z rozgrzanym masłem. Następnie zaczęła smażyć omlet, przy okazji dodając pomidorki koktajlowe i pokrojoną papryczkę chili. – A z czym? – spytała po dłuższej chwili mama Moniki. – Bo widzę tutaj jakieś zielone listki. – Z pokrzywami, brokułem i kwiatami bratka. – Ojej! Proszę, proszę, masz zadatki na prawdziwą kucharkę! – Mamo, zetrzyj, proszę, żółty ser i podaj mi koszyk z tymi kwiatami. – Proszę, koszyk z kwiatami jest tutaj, a ser już ścieram. – Talerz i widelec mam przygotowane. – Proszę bardzo, jest i ser – powiedziała mama Moniki i postawiła na szafce koło kuchenki talerz ze startym żółtym serem. Kiedy omlet zaczął się ścinać, Monika w jedną rękę wzięła garść żółtego sera, w drugą garść kwiatów bratka i obydwa składniki rozsypała równomiernie po całym omlecie, a następnie go dosmażyła, zsunęła go na talerz, wzięła talerz z omletem i widelec, usiadła przy stole i zjadła usmażony przez siebie omlet z wielkim apetytem. Była naprawdę głodna po niemal dwugodzinnym spacerze po rośliny, których użyła do przygotowania omletu. W czasie, kiedy jadła omlet, wyjaśniała mamie, jakich składników użyła do jego przygotowania: – Tu jest brokuł, pomidorki koktajlowe, pokrzywy, kwiaty bratka, chili i żółty ser. I oczywiście jajka, sól i pieprz. W taki sposób Monika zrobiła sobie i swojej mamie kulinarną niespodziankę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz